|

Z okazji ubiegłorocznej, setnej rocznicy założenia kopalni soli w Wapnie, trochę więcej się o niej pisało i mówiło. Przyjeżdżały ekipy telewizyjne, kręcono filmy, grała górnicza orkiestra dęta. Jednak odwiedzający to miejsce ludzie z całej Polski, a także wycieczki zagraniczne, zapamiętują głównie obraz zniszczenia, nieładu i postępującej dewastacji mienia pokopalnianego. Najdziwniejsze jest to, że problemu tego nie udaje się rozwiązać od ponad 30 lat.
Do dawnej kopalni czuje nadal wielki sentyment wielu mieszkańców Wapna i okolic. To co z niej pozostało postanowiłem zwiedzić razem z synem i wnukiem śp. Henryka Wesołowskiego, byłego pracownika tego niegdyś największego zakładu produkcyjnego w okolicy. W rodzinie Państwa Wesołowskich wszyscy zapamiętali ojca i dziadka jako jednego z tych niemalże bohaterów z pamiętnej nocnej zmiany, którzy jako ostatni widzieli kopalnię pod powierzchnią ziemi i brali czynny udział w akcji ewakuacyjnej.
Pan Henryk w dniu katastrofy z 4 na 5 sierpnia 1977 r. miał za sobą 27 lat pracy w kopalni. Jak wspominał: - Soli do dalszej eksploatacji przygotowane było tyle, że wystarczyłoby na kolejne dwadzieścia lat. Niestety, nakładane odgórnie przez Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej plany inwestycyjne sprawiały, że kopalnię nadmiernie eksploatowano.
ZŁOWIESZCZY KONIEC Podjęto wówczas zgubną decyzję o drążeniu chodników na poziomie trzecim. W rzeczywistości był on pierwszym, gdyż dwóch poziomów wyżej nigdy nie ruszano. Nawet Niemcy, mocno nadwerężając kopalnię w czasie okupacji, nie eksploatowali trzech pierwszych poziomów, gdyż zdawali sobie sprawę, że stanowiły one dodatkowe zabezpieczenie stropu kopalni przed wdarciem wody. Po fakcie okazało się, że założenia te były słuszne, gdyż właśnie na poziomie trzecim doszło do kilku przecieków, które przez kolejne lata złowieszczo zapowiadały koniec kopalni. Z wyciekami tymi walczono różnymi metodami przez lata. Jak wynika jednak z notatki służbowej porucznika Jerzego Jułgi z 19 października 1970 r., na którą w poznańskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej natrafili reporterzy TVN, władze bagatelizowały zagrożenie. Porucznik pisze: „W przekonaniu większości moich rozmówców, rozmiary katastrofy i dalsze zagrożenie są bagatelizowane przez wyższych urzędników resortowych, którym zależy na tym, aby mimo wszystko kopalnia wykonała swe zadanie, gdyż od tego zależą premie dla dyrektorów jednostek nadrzędnych”. Potwierdzenie rabunkowej eksploatacji kopalni znajdziemy również w teczce obiektowej „Kryształ”. Zachował się w niej donos z 29 czerwca 1974 r. Tajny współpracownik o pseudonimie „Andrzej” informuje, że ówczesny dyrektor kopalni inż. Władysław Pałasz, kazał nowym systemem „strzelać długimi otworami bardzo blisko szybu”. Jak twierdził TW „Andrzej”: - Mogło to spowodować zalanie kopalni, o czym przekonani byli wszyscy pracownicy z dołu nawet sztygarzy.
(Na zdjęciu od lewej Bernard Francuziak, syn Władysława, nadsztygara w dziale elektrycznym oraz Hubert i Janusz Wesołowscy, wnuk i syn Henryka, ślusarza i konserwatora urządzeń szybowych)
TOPIENIE KOPALNI I tak sytuacja z roku na rok staje się coraz gorsza. W sprawozdaniu z akcji ratowniczej z połowy lipca 1977 r. zapisano, że sumaryczna wielkość wycieków na poziomie trzecim wynosi 85 l/min. Porównując zapis ten z końcem czerwca tego samego roku, gdzie zapisano 58 l/min., widać że wyciek w ciągu zaledwie dwóch tygodni wzrósł znacznie. Kilka dni później komisja do spraw zagrożeń wodnych, zdając sobie sprawę z tego co się dzieje, wdrożyła plan kontrolowanego zatopienia kopalni. Tego planu nie udało się jednak zrealizować, gdyż wyprzedziła go zalegająca wokół górotworu solnego woda, która w końcu wdarła się do podziemnych korytarzy, pod wielkim ciśnieniem w sposób całkowicie niekontrolowany. W krytycznym momencie 5 sierpnia 1977 r. w nocy, o godz. 1.10, jak informuje zapis w księdze sztabowej, w ciągu 15 sekund woda spiętrzyła się na pół metra.

(Henryk Wesołowski, trzeci z lewej - już po przenosinach do Kłodawy)
5 min później m.in. dyrektor techniczny kopalni, Marian Wojakiewicz, zarządził ewakuację ostatnich osób, które znajdowały się jeszcze pod ziemią. Nie było to jednak jedyne zmartwienie tej nocy. Szalejąca pod ziemią woda siała ogromne spustoszenie, powodując osiadanie gruntu i powstawanie wielkich zapadlisk na powierzchni. Już w nocy, kilka godzin po wtargnięciu wody do kopalni, zaczęły zapadać się garaże wybudowane nad wyrobiskiem. Jak pisał Marek Dotka reporter „Gazety Poznańskiej”: w której pod koniec sierpnia ukazał się reportaż z Wapna: „naukowcy największych spustoszeń spodziewali się na brzegach czapy gipsowej, która przykrywała od góry całe złoże soli. (...) W tawernach oraz pustkach w gipsie znajdowała się woda. Ona to przeniknęła do kopalni. Szacuje się, że było tych tawern i pustek około 8 proc.; to gdzieś 2-3 mln metrów sześciennych wody!”. Władze, zdając sobie sprawę jakie zagrożenie stanowi to dla mieszkańców, zarządziły wielką akcję ewakuacyjną. Miejcowość musiało opuścić ponad 3000 osób. I tak Wapno stało się opustoszałą, zamkniętą i niedostępną strefą, do której nie można było wejść bez przepustki.
ZAKAZANE ZDJĘCIA Całego terenu pilnowała milicja. Nie można było kręcić filmów, ani robić zdjęć. Jedynie pracownik domu kultury, Mirosław Wójciński, robił dokumentację fotograficzną dla sztabu kryzysowego. To właśnie dzięki tym fotografiom po latach,ludzie dowiadywali się jak wielka tragedia wydarzyła się w Wapnie. W tym miejscu warto też wspomnieć Aleksandra Danielskiego, geologa, któremu udało się jeszcze nielegalnie uchwycić katastrofę na taśmie filmowej. Ciekawą pamiątkę po katastrofie przechowują również państwo Wesołowscy ze Starężyna. Henryk Wesołowski, podobnie jak inni, dostał propozycję pracy w kopalni soli w Kłodawie. Zgodził się i krótko po katastrofie wraz z innymi pracownikami z Wapna zakwaterowany został w Uniejowie, skąd dojeżdżał do Kłodawy. Z Uniejowa kursował również, co jakiś czas, pracowniczy autobus w rodzinne strony wapieńskich pracowników, aby mogli poprzebywać z przekwaterowanymi w różne miejsca rodzinami. W czasie jednej z takich podróży, Pan Henryk dostał tajemniczą paczkę, owiniętą dużą ilością papieru. Jak się okazało, był to kartonik ze zdjęciami.
Autorem tych zdjęć był Stanisław Nowicki, sąsiad p. Henryka z ulicy Staszica. Jego rodzina została ewakuowana do Piły. On sam z bratem Ryszardem udali się zimą 1978 r. w rodzinne strony, aby zobaczyć co pozostało po domu w którym mieszkali. Mimo zakazu, weszli do zamkniętej strefy i ukrytym w kurtce aparatem udokumentowali zniszczone Wapno w zimowej aurze. Zdjęcia przedstawiające zapadliska, zniszczone domy, pofalowane tory kolejowe, długo przeleżały w archiwum rodzinnym państwa Wesołowskich, gdyż nie bardzo można było się nimi chwalić.


Wzniesiony w 1932 r. przez firmę budowlaną "Głowacki" z Bydgoszczy budynek maszyny wyciągowej szybu Wapno II aż prosi się, aby zaadaptować na muzeum poświęcone wapieńskiej kopalni soli.

Wyciągowa maszyna parowa to jedno z nielicznych urządzeń, którego nie rozmontowano po zamknięciu kopalni. Jeszcze w latach 80-tych, jak wspomina Bernard Francuziak, starzy pracownicy kopalni przychodzili tu bezinteresownie i ją smarowali. Niestety, złomiarze z odrodzonej III Rzeczypospolitej nie potrafili tego docenić.

Maszynę wyciągową wyprodukowano w hucie "Zgoda", która należała wówczas do największego w Polsce międzywojennej przedsiębiorstwa przemysłu ciężkiego, koncernu górniczo-hutniczego Górnośląskie Zjednoczone Huty Królewska i Laura.

Budynek młyna solnego wybudowany w latach 1927-1930, wzbudzał podziw ze względu na swoją, innowacyjną jak na tamte czasy, konstrukcję żelbetonową.

Klatka dawnego młyna solnego.
ODCIĄĆ PĘPOWINĘ Choć od tamtego czasu nastąpiło wiele pozytywnych zmian, to jednak na terenie dawnej kopalni nieprzerwanie panuje duch niemalże wprost wyciągnięty z tych starych fotografii. Rozsypujące się budynki, bałagan, a na dodatek okrutnie okradziona i okaleczona przez złomiarzy dwu bębnowa parowa maszyna wyciągowa, którą nie zdemontowano po katastrofie, tworzą rozpaczliwy obraz szarej, pokopalnianej rzeczywistości. Zdewastowany i okaleczony przez ludzi i czas jest również budynek, w którym owa maszyna, wyprodukowana w latach trzydziestych przez hutę „Zgoda”, się znajduje. Aż prosi się, aby wykorzystać budynek na muzeum poświęcone kopalni, którego zdecydowanie, jak twierdzą mieszkańcy, brakuje w Wapnie. Tuż obok niszczeje także inny ważny budynek, mianowicie wybudowany w latach 1927-1930 młyn solny. Posiadał on jak na tamte czasy rewelacyjną konstrukcję żelbetonową, a z jego szczytu podziwiać można było całą okolicę. Obrazy zastane po starej kopalni nie napawają optymizmem, ale skłaniają do refleksji i zadania pytania; czy coś się w końcu zmieni i dawna kopalnia doczeka jeszcze lepszych czasów? Tego nie wiadomo, trzeba mieć tylko nadzieję, że w końcu ktoś odetnie tą ciągnącą się za nią pępowinę nieładu, tragedii, zniszczenia i nastaną dla niej nowe lepsze czasy, z pozytywnym oddziaływaniem nie tylko na Wapno, ale i całą okolicę.
(Autor Rafał Różak, Fot. Rafał Różak)
Za udostępnione materiały archiwalne wykorzystane w artykule dziękuję panu Januszowi Wesołowskiemu i jego synowi Hubertowi, a panu Bernardowi Francuziakowi, współwłaścicielowi firmy Gipsico, która działa na terenie kopalni, za poświęcony czas i rolę przewodnika. |
Komentarze
Do tego potrzeba zaangażowania kilku osób. Wcześniejsze wypowiedzi na forum podają sugestię, że rewitalizacją terenu mogłyby zająć się takie-to-a-takie instytucje. Figa! Takie przedsięwzięcie jest do zrealizowania wylącznie przez grupę zaangażowanych ludzi (pasjonatów), w ramach jakiegoś projektu opartego na finansowaniu ze środków zewnętrznych (unijnych, ministerialnych ?). I kwestia zasadnicza: kto obiekt mógłby utrzymywać? I kolejna: jaką funkcję mógłby spełniać - lokalnej izby pamięci górnictwa solnego? Czy może coś większego, o skali ponadgimninnej (szkoda, że nie można zejść choćby na pierwszy poziom, albo zajrzeć do szybu: to byłaby gratka!).
Pozdrowienia!
Myślę, że gdyby Wapno leżało bliżej Poznania, te zabytkowe budynki, tworzące wyjątkowy klimat, na pewno trafiły by w ręce jakiegoś inwestora wizjonera...
notatka służbowa porucznika Jerzego Jułgi z 19 października 1970 r., (biorąc pod uwagę datę jej napisania) dotyczy konsekwencji wydarzeń, jakie rozegrały się na terenie Kopalni w dniu 23 września 1970 r., kiedy to doszło do awarii w szybie Wapno I i zatopieniu uległy najniższe poziomy Kopalni i zdewastowany został sam szyb. Wtedy Kopalnia fedrowała w bardzo ograniczonym wymiarze, co w efekcie powodowało, że nie można było wyeksploatować nałożonej na Kopalnię normy. Swoją drogą awaria z września 1970 r. spowodowała obniżenie lustra wodnego na tzw. Gipsiaku, co powinno dać wiele do myślenia!!! Odnośnie doniesienia TW "Andrzej", to doniósł o czymś , o czym o czym wszyscy z załogi wiedzieli. 1 sierpnia 1974 r. Naczelnym Dyrektorem został mgr inż. Marian Wasilewski, za którego rządów doszło do awarii wodnej i katastrofy osiedla Wapno.
Dziś prawdę powiedziawszy: żal patrzeć na to, co pozostało po Kopalni, tu pracował mój Ojciec, Dziadek, ich wielu Przyjaciół, w tym Pan Henryk Wesołowski.
Jeśli chce się Pan podzielić własnymi przemyśleniami na temat przyczyn katastrofy, zachęcam do tego. Nasz portal jest interaktywny, więc można dokonywać własnych ocen i komentować, jest to jak najbardziej wskazane. A tak przy okazji zarówno Pana monografię czytałem, jak i opracowanie wcześniejsze.
Jeszcze raz pozdrawiam serdecznie.
Trzecia część: Nie rozumiem?? jakaś zazdrość, że ktoś wybrał się na teren kopalni z aparatem i chce przybliżyć historię tego miejsca, a także zachęca do uratowania resztek tego co po niej zostało? Jeśli tak bardzo wnikliwie zapoznał się Pan ze wszystkimi artykułami, opracowaniami, lub nawet sam wydał monografię kopalni i prowadzi stronę o niej to powinien się Pan cieszyć, że nie tylko sam tym tematem się interesuje??? Zachęcam do większej życzliwości, wobec osób, które coś dla kopalni chcą zrobić. Choćby niewiele.
Kolejna część: Nie będę tutaj przytaczał całego fragmentu artykułu ponieważ jest on dość obszerny, ale zaczyna się od słów "Szalejąca pod ziemią woda siała ogromne spustoszenie(...) i kończy na słowach (...) I tak Wapno stało się opustoszałą, zamkniętą i niedostępną strefą, do której nie można było wejść bez przepustki". Zachęcam do bardziej wnikliwej lektury. Z fragmentu tego nie wynika, że wszystko działo się jednej nocy. M.in. piszę że w nocy zaczęły zapadać się tylko garaże wokół czapy gipsowej. A przytoczony fragment reportażu z "Gazety Poznańskiej", jak napisałem, pochodzi z końca sierpnia.
Na początek ten fragment: Po pierwsze artykuł prasowy to nie praca doktorska i nie mam obowiązku sięgać do wszystkich źródeł, jeśli można posiłkować się dostępnymi opracowaniami, które na tych źródłach bazują. Na pytanie dlaczego nie jest wspomniane o tym, że z wyciekami walczono przez cały okres eksploatacyjny - cytuję fragment artykułu: "Po fakcie okazało się, że założenia te były słuszne, gdyż właśnie na poziomie trzecim doszło do kilku przecieków, które przez kolejne lata złowieszczo zapowiadały koniec kopalni. Z wyciekami tymi walczono różnymi metodami przez lata." - jak widać nie piszę, że wyciek powstał nagle z nikąd. Nigdzie w artykule również nie rozstrzygałem naukowo czy wyciek kopalniany na III poziomie miał miejsce w rejonie komory 36 czy 34.
pozdrawiam i dziękuję za polemikę.