|

SAGA RODZINY GRZECHOWIAKÓW | Jednym z założycieli Koła Łowieckiego „Cyranka” jest Józef Klemens. Poluje także jego zięć Mariusz Grzechowiak i wnuk, Bartosz.
Józef Klemens skończy w tym roku 86 lat. Nie pamięta kiedy po raz pierwszy był na polowaniu. Do koła „Cyranka” wstąpił, gdy miał 28 lat, jest jednym z jego założycieli. Jest jedynym z żyjących twórców tego koła.
POCZĄTKI - To był okres powojenny. Byli myśliwi, którzy polowali przed wojną zupełnie na innych zasadach. Wtedy jeszcze nie było obwodów polowań. Powiatowy łowczy organizował koła. Pracowałem wtedy w milicji. Zwołałem pierwsze zebranie organizacyjne. Nie miałem wtedy pojęcia o polowaniach. W czasie okupacji jedynie byłem naganiaczem. Chętnych do wstąpienia do koła było bardzo dużo. Potem, jak już przyszło do konkretów, wielu odpadło. Jak koło powstało, było nas dwunastu. Koło miało numer 157. W świetlicy w komendzie były egzaminy - wspomina dawne czasy Józef Klemens. Dostał zezwolenie na kupno broni. Tę trójlufkę ma do dzisiaj. Na pierwsze polowania jeździł do Przysieczyna, w miejsce gdzie teraz jest cegielnia. Polował tam na króliki. W czasie swojej myśliwskiej kariery polował także na jelenie, dziki, sarny, zające, lisy, kaczki, gęsi. W związku z tym, że myśliwych było zbyt mało, przy polowaniach na zające musieli się posiłkować myśliwymi z innych kół, np. z „Jelenia”. Ówcześni myśliwi zajmowali się nie tylko polowaniami. W lasach pobudowali paśniki, które wykonano tak solidnie, że do dziś stoją, ambony, uprawiali poletka. Jak dostali ziemię z Powiatowej Rady Narodowej, posadzili las. - W pierwszych latach polowaliśmy na zające, bo było ich bardzo dużo. Potem zdaliśmy egzaminy na selekcjonerów, zaczęliśmy polować na sarny rogacze i jelenie byki. Jeździłem do szwagra koło Złotowa. Tam upolowałem największego dzika. Miał około 150 kilogramów. Szliśmy w czterech. Jeden z psem wytropił go i strzeliłem - opowiada Józef Klemens. Zwierzęta odstawiali pociągami do przedsiębiorstwa „Las” na poznańskich Garbarach. Trofea zostawiali sobie. Dziś na ścianach domu J. Klemens ma dziesiątki, o ile nie setki trofeów. Wiszą oprawione szable wspomnianego dzika, a także trofeum jelenia, za którego dostał medal. Warto tutaj wspomnieć, że Józef Klemens przez 52 lata był łowczym. To jest swoisty rekord. Jako łowczy zasiadał w zarządzie koła i zajmował się gospodarką łowiecką - urządzeniami, dokarmianiem i organizacją polowań.


NASTĘPNE POKOLENIA Mariusz Grzechowiak jest także od 31 lat członkiem koła łowieckiego „Cyranka”. Piastuje funkcję sekretarza. Jest zięciem Józefa Klemensa. Od dziecka interesował się książkami przygodowymi Ernesta Hemingwaya, czy to też te o przygodach Tomka autorstwa Alfreda Szklarskiego. Lubił też chodzić na spacery z psem do leśniczówki Kaliska. Wszystko zaczęło się od tego, że najpierw poznał swoją przyszłą żoną. Po którymś z kolei spotkaniu, razem z przyszłym teściem, wsiedli na motocykl i pojechali do lasu. - To było w czasie szkoły średniej, kiedy człowiek jest bardzo zapalczywy na wszystko. To mnie po prostu wciągnęło. Po tylu latach ciśnienie mi nie opadło i nadal chcę to robić - twierdzi Mariusz Grzechowiak. Dziś poluje na dziki, sarny, jelenie oraz drapieżniki - lisy. To są jedyne drapieżniki, z którymi mogą walczyć. - Polowanie to nie tylko strzelanie. W tej chwili to jest także walka o zachowanie terytoriów dla zwierzyny i o różnorodność gatunków. Dużo czasu pochłaniają nam czynności gospodarcze: utrzymanie sprawnych urządzeń łowieckich, dowożenie karmy, dbanie o poletka zgryzowe. One mi też sprawiają dużą frajdę - mówi Mariusz Grzechowiak. Dokarmianie w okresie zimy ma uzupełnić bazę pokarmową zwierzyny. W pozostałych miesiącach dokarmia się je, żeby nie wychodziły na pola i nie robiły szkód. Za szkody w uprawach rolnych płacą koła łowieckie. - Jak zaczyna się okres polowań zbiorowych - w listopadzie, od św. Huberta - w zasadzie wszystkie soboty mam zajęte. Miałem okazję polować w kilkunastu kołach, w Wielkopolsce, w województwie kujawsko - pomorskiem - mówi Mariusz Grzechowiak. A co z przygodami? - Na każde polowanie jedzie się po przygodę. Samo strzelenie w wielu przypadkach nie jest już tym, o co się zabiega. Ważne są spotkanie z nowymi ludźmi, przygody, rzeczy, które się pamięta. Mój syn ma podobny charakter, podziela moje zdanie na ten temat - opowiada Mariusz Grzechowak, i zaraz dopowiada jedną z ostatnich przygód, której miał okazję doświadczyć na polowaniu. -Pies pobiegł za uchodzącą zwierzyną i musiałem go odebrać następnego dnia w sąsiednim leśnictwie. Całą noc spędził u leśniczego pod telewizorem. Bartosz Grzechowiak bakcyla związanego z polowaniami złapał od dziadka. Jeździł z nim praktycznie codziennie. Skończył studia leśne i jest podleśniczym w leśnictwie Jastrowie. Także poluje. - Od małego przygotowywał się do łowiectwa. Kiedy był czterolatkiem, przed strzałem był cały rozentuzjazmowany, a potem, jak trzeba było podejść, to już niekoniecznie - wspomina M. Grzechowiak. Teraz na leśne wyprawy Mariusz i Bartosz Grzechowiakowie jeżdżą razem. Józef Klemens też poluje, choć już nie tak intensywnie.
(Autor Szymon Cieślak, Fot. Archiwum rodzinne) |
Komentarze