|
 Franciszkanin o. MICHAŁ SOCHA z Aleksandrowa w gm. Wapno był inicjatorem tygodniowej wyprawy do Kenii. Do swojej podróży zaprosił siedmioro przyjaciół z amerykańskiej Polonii. Wrażeniami z tej niezwykłej pielgrzymki na Czarny Ląd podzielił się tylko z czytelnikami Głosu Wągrowieckiego.
Ojciec Michał Socha obecnie pełni swoją posługę w amerykańskim Bridgeport. Przez kilka lat jednak przebywał z misją w Kenii. W Limuru, oddalonym od stolicy Kenii Nairobi o ok. 30 kilometrów, była jego afrykańska parafia. Doświadczenie, które zdobył na Czarnym Lądzie sprawiło, że postanowił zawsze tam wracać. Wśród amerykańskiej Polonii, gdzie obecnie pracuje, o. Michał organizował pomoc dla mieszkańców Kenii. W tym jednak roku postanowił zawieść dary osobiście. Z pielgrzymką wybrało się również siedem osób, które od lat z nim współpracują. Podróż z amerykańskiego Bridgeport do Kenii trwała cztery dni - przez Amsterdam, Nairobi, Limuru do franciszkańskiego narodowego Sanktuarium Maryjnego w Subukia.
- Miejsce to jest niezwykle pod każdym względem, podobne do europejskich sanktuariów z cudownym źródłem na szczycie góry - opowiada o. Michał Socha. - Mamy to szczęście, że nasza pielgrzymka była pierwsza w historii sanktuarium, zorganizowana pielgrzymka spoza Afryki. Franciszkanie wznoszą tu piękną bazylikę. Nasi pielgrzymi fundowali pralkę, gdyż bracia nie nadążali z praniem spoconych i zabrudzonych w od kurzu rzeczy. Złożyliśmy dar serca w wysokości pięć tysięcy dolarów zebranych w kościołach New Jersy. Wierzę, że już niebawem ludzie z różnych zakątków świata pielgrzymować będą do tego niezwykłego miejsca - dodaje franciszkanin. W Limuru o. Michał kupił dla dzieci z domu dziecka worek cukru oraz inne produkty spożywcze. Zostawili też listy od dzieci z polskich parafii, zabawki zebrane w okresie Bożego Narodzenia, witaminy, leki i inne potrzebne rzeczy. - Dzieci odwdzięczyły się nam śpiewem i szczerym pięknym afrykańskim uśmiechem - dodaje wągrowczanin. Franciszkanin Michał Socha kilkakrotnie wyjeżdżał i wracał do Afryki. Zawsze powody wyjazdów były trudne - nowotworowa choroba jego taty, a potem dur brzuszny, który dopadł Michała na Czarnym Lądzie. - Porażka, tak po ludzku patrząc, że musiałem wrócić, ale kiedy opadły emocje, to, przyszła myśl, że jeśli Pan Bóg zechce, to znów mnie tam pośle, i wracam więc... - wyznaje o. Michał. Pomimo, że zawsze wracałem tutaj jak do siebie, Afryka zawsze czymś mnie zaskakuje. W mojej pamięci utkwiła mi pierwsza jaszczurka biegająca po ścianie, pierwszy pełzający po korytarzu wąż, a także wizyta... słonia w naszym klasztornym ogrodzie. I ten pierwszy raz, kiedy postawiłem nogę na Czarnym Lądzie, kiedy to w centrum Nairobi zostałem okradziony przez „niewinne” dzieci ulicy. Ukradły mi zegarek, w chwili, gdy dawałem im pieniądze na chleb, o który zresztą żebrały. Afryki nie da się opowiedzieć, trzeba ją samemu przeżyć. Łatwo jest wzruszyć się zdjęciami z National Geographic, przedstawiającymi głodujące dzieci o dużych brzuszkach. Trudniej jest uczynić dla nich coś konkretnego - kończy swoje rozważania duchowny. Franciszkanin Michał Socha wkrótce przyjedzie do Polski, do Aleksandrowa, dziś jednak przesyła nam te słowa: Pozdrawiam czytelników „Głosu Wągrowieckiego” i wszystkich , którzy to pismo redagują, którzy troszczą się, aby nasza społeczność mogła znaleźć w nim artykuły krzepiące serce i podnoszące na duchu. Wasza i nasza misja trwa nadal. Pokój i Dobro!
(Autor Anna Borczykowska, Fot. Archiwum o. Michała Sochy) |