środa, 20 marca
09:38

Niezwykłe dokumentowanie historii

Podczas ostatniego weekendu na terenie kilku gmin można było zaobserwować niezwykłą grupę rowerzystów, którzy dokumentowali powstańcze pomniki.

Na grupę natknąłem się w ostatnią niedzielę w Potulicach w gminie Wągrowiec. Pięciu mężczyzn zatrzymało się przy jednym z pomników upamiętniających udział mieszkańców wsi w Powstaniu Wielkopolskim. To właśnie stąd wyruszyli do walki z zaborcą pod Radwankami. Kilku z nich zginęło w tej bitwie. Rowerzyści ubrani byli w jednolite stroje wyróżniające ich spośród innych użytkowników dróg. Na rowerowe siodełka wskoczyli: Mariusz Gąszczak, Szczepan Matela, Krzysztof Rolnik, Norbert Zdziebkowski i Maciej Jankowski. Wszyscy są członkami Stowarzyszenia Kórnickie Bractwo Rowerowe w Kórniku. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 12 Z 20 MARCA 2019 R.

Chwalicie Cudze, a Arnold chwali jego

ARKADIUSZ HERODOWICZ kilka lat temu zamieszkał w Skokach. Światowej sławy siłacz opowiada nam o swojej sportowej drodze i planach. Rozmawia z nim Franciszek Szklennik.

Jakie drogi wiodły do Skoków?
- Hmm... Moja droga do Skoków zaczęła się od spotkania na mojej drodze kobiety mojego życia. Zacząłem wraz z Eweliną często odwiedzać Skoki. W krótkim czasie po naszym spotkaniu urodziła mi śliczną córeczkę. Ja, urodzony poznaniak, mieszkający w dużej aglomeracji, szukałem spokoju i właśnie w Skokach go znalazłem.
Kiedy zaczęła się Pana przygoda sportowa? Czy to było kiedyś dziecięce marzenie?
- Moja droga sportowa trwa od wielu już lat. Pierwsze osiągnięcia w sporcie miałem już w wieku 13 - 14 lat, kiedy to zdobyłem wicemistrza Polski młodzików w boksie oraz wicemistrza makroregionu północno – zachodniego, ale moim marzeniem od zawsze było być człowiekiem dużym i silnym. Niestety, ani tamte czasy, ani sytuacja finansowa na to nie pozwalały.
Dlaczego wybrał Pan ten rodzaj wyczynu, a nie inną popularną dyscyplinę sportu?
- Jak wspomniałem wcześniej, zawsze było to moje marzenie. Kiedy już byłem stabilny finansowo, chciałem uporządkować swoją sytuację rodzinną i wtedy na mojej drodze stanęła Ewelina Springer, rodowita skoczanka i muszę powiedzieć że to właśnie dzięki Ewelinie zacząłem spełniać marzenia. Ona widziała jak mnie to kręci i to ona zaciągnęła mnie na pierwsze zawody u Grzesia Peksy Strongmana. Były to zawody o Puchar Burmistrza Jastrowia. Zająłem wtedy drugie miejsce, wyciskając 230 kg, jeśli mnie pamięć nie zawodzi.
To ile wyrzeczeń wymagają sukcesy, które ma już Pan w życiorysie?
- Tak jak w każdej dyscyplinie sportu i wyczynu konieczna jest rezygnacja z tego, co inni nazywają bogatym życiem towarzyskim i przysłowiowym „brudziem”. Można powiedzieć, że podkradam czas: po pracy szykuję się na trening, który trwa około 2 godzin, po powrocie do domu spędzam krótki, ale intensywny czas z dzieckiem, potem kolacja i spanie. Tak wygląda każdy pracujący dzień tygodnia. Nie mam zbyt wielu chwil dla rodziny, przyjaciół i znajomych. Pozostaje tylko weekend, ale też nie zawsze, ponieważ staram się nadrobić stracony czas dla dziecka. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 11 Z 13 MARCA 2019 R.

Ksiądz w spódnicy

ANNA TWARDOWSKA, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Mieścisku, opowiada o swoich doświadczeniach i ciekawych zdarzeniach. Rozmawia z nią Franciszek Szklennik.

Gdzie zaczęły się losy obecnej pani kierownik?
- W niewielkiej miejscowości w gminie Ryczywół. Po ukończeniu w 1983 roku liceum ekonomicznego, zaczęłam szukać pracy. Marzyła mi się praca w urzędzie gminy w Ryczywole. Niestety, nie było wakatów. Ówczesny naczelnik gminy powiedział, że może coś się zwolni, ale nie umiał określić terminu. Dlatego pełna młodzieńczego zapału postanowiłam wyruszyć do dużego miasta w poszukiwaniu pracy.
Spełniony sen o wielkim mieście?
- Z miejscowości, w której mieszkałam, autobus pracowniczy dowoził ludzi do pracy w Poznańskim Kombinacie Budowlanym w Poznaniu przy ul. Szarych Szeregów. Postanowiłam tam znaleźć pracę. Otrzymałam ją w dziale księgowości. I tym sposobem znalazłam się w Poznaniu. I właśnie tam poznałam swojego męża Eugeniusza, który po powrocie z wojska (służył 3 lata w  marynarce – takie były czasy) również podjął tu pracę.
I spotkaliście się...
- Spotkaliśmy się przypadkowo. Gdzie? W windzie. Trochę nią wtedy pojeździliśmy, wiesz: góra - dół, góra - dół, zanim umówiliśmy się na randkę. Po roku wzięliśmy ślub. Okazało się, że była to „winda do nieba”.
I powiódł Cię przed ołtarze...
- Ale najpierw przed oblicze kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Ryczywole, a potem przed oblicze kapłana w Połajewie. Niewiele pamiętam z tych uroczystości. Byłam zbyt przejęta i przestraszona. Dlatego dzisiaj, kiedy sama jestem po tamtej stronie, jako kierownik USC doskonale rozumiem państwa młodych i dbam o miłą atmosferę, niejednokrotnie rozładowując napięcie jakimś malutkim żarcikiem czy zagajeniem.
Rodzinka się rozrosła?
- Mamy troje dorosłych dzieci. A teraz spodziewamy się pierwszego wnuka – co za radość...
Czy kiedyś myślałaś, że będziesz „księdzem w spódnicy”?
- Nie ukrywam, że marzyłam o pracy w urzędzie, ale w młodości nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś zostanę kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego.
Trafiliście jakoś do Mieściska...
- Po ślubie przyprowadziliśmy się do Mieścisku, ze względu na mieszkanie służbowe, które mąż otrzymał podejmując pracę w PGR w  Popowie Kościelnym. Ja zatrudniłam się w urzędzie miasta i gminy w Kłecku jako księgowa podatkowa, a w 1988 roku przeniosłam się do pracy w urzędzie w Mieścisku w referacie spraw obywatelskich. I to chyba był ten moment. Pracowałam w jednym biurze z kierownikiem USC. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 09 Z 27 LUTEGO 2019 R.

Tu wszystko się zaczęło...

O niełatwej, ale też przyjaznej drodze posługi duszpasterskiej ks. DARIUSZ W. ANDRZEJEWSKI opowiada Jerzemu Mianowskiemu.

Właśnie minęło 25 lat, kiedy to 5 lutego 1994 r. ks. bp Bogdan Wojtuś wyświęcił w wągrowieckim klasztorze na kapłana rodowitego wągrowczanina, ks. Dariusza W. Andrzejewskiego...
- Tak, w tym roku przeżywam dokładnie 25 lat, gdy w sobotnie popołudnie 5 lutego 1994 r. w parafii klasztornej w Wągrowcu przyjąłem z rąk ks. bp. Bogdana Wojtusia Sakrament Kapłaństwa. Była to nie tylko dla mnie szczególna i wyjątkowa uroczystość, gdyż zostałem namaszczony na kapłana w swoim rodzinnym kościele w Wągrowcu, a nie w katedrze, gdzie zwykle przyjmuje się święcenia kapłańskie. To w wągrowieckim klasztorze otrzymałem także wszystkie wcześniejsze sakramenty święte. Za św. Janem Pawłem II mogę powtórzyć: „tu wszystko się zaczęło, i życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i kapłaństwo się zaczęło”.

Kto miał największy wpływ na ukształtowanie drogi księdza do kapłaństwa?
- Moja droga do kapłaństwa dojrzewała powoli, ale rozwijała się od dzieciństwa. To przede wszystkim rodzina i klimat mojego domu rodzinnego ukształtowały moje powołanie. Wzrastałem w rodzinie pobożnej i głęboko katolickiej. Po Bogu dziękuję moim śp. Rodzicom Zofii i Czesławowi za dar życia i wychowania.
Na swej życiowej drodze spotkałem wielu dobrych, szlachetnych i świętych kapłanów, by wspomnieć choćby Prymasa Tysiąclecia, Sługę Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego, którego miałem szczęście spotykać i witać w rodzinnym Wągrowcu od 1971 r., aż do ostatniej Jego wizyty w lutym 1981 r. Prymas Wyszyński przybywał do Wągrowca przynajmniej dwa razy w roku, nawiedzając Dom Księży Emerytów. Kiedyś jako ministranta zapytał mnie: „co z ciebie wyrośnie”? Dzisiaj, gdy jest mi w życiu ciężko, codziennie modlę się do Dobrego Boga za Jego wstawiennictwem – mamy nadzieję - bliską już beatyfikację tego Wielkiego, Opatrznościowego Pasterza, Ojca Narodu i męża stanu.
Przykładem szlachetnego życia i wzorem kapłańskiej posługi był dla mnie także długoletni proboszcz rodzinnej parafii w Wągrowcu, śp. ks. infułat Zenon Willa, przyjaciel Rodziny, mój wychowawca i w końcu kaznodzieja prymicyjny.

Te lata - mimo peregrynacji po świecie - bardzo mocno związane są z wągrowieckim matecznikiem, czy parafią pw. Wniebowzięcia NMP...
- To prawda, mimo moich dalekich wyjazdów do Francji, Szwajcarii i w końcu do Kanady w Ameryce Północnej, zawsze żywo interesowałem się tym wszystkim, co dzieje się w moim rodzinnym mieście i w mojej parafii. Nie potrafię oderwać się od swoich korzeni i miejsca mojego urodzenia. Zawsze utrzymywałem bliskie i życzliwe związki z ratuszem i panem burmistrzem Stanisławem Wilczyńskim. Telefonicznie i mailowo opowiadałem o moich wspomnieniach, wizjach i planach. Przez jakiś czas pisywałem także dla Głosu Wągrowieckiego. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 08 Z 20 LUTEGO 2019 R.

Szkoła ze szczególnym wyróżnieniem

Przedstawiciele 214 placówek z całej Polski, a wśród nich jedyna z powiatu wągrowieckiego szkoła w Wiatrowie otrzymała z rąk przewodniczącego ZHR hm. GRZEGORZA NOWIKA zaszczytne miano - certyfikat Szkoły Niepodległej.

Podczas uroczystej gali, która odbyła się 8 lutego w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Wiatrowie Mirosława Jarosz wraz z nauczycielką tej placówki Krystyną Rebajn - koordynatorką projektu - odebrały certyfikat potwierdzający fakt, że Szkoła Podstawowa w Wiatrowie uzyskała tytuł zwany Mianem „Szkoły Niepodległej”.
Wśród 214. placówek oświatowych z całej Polski, szkoła w Wiatrowie jako jedyna z powiatu wągrowieckiego otrzymała z rąk Przewodniczącego Związku Harcerstwa Rzeczypospolite, hm. Grzegorza Nowika certyfikat Szkoły Niepodległej.
Uroczysta gala była poprzedzona konferencją naukową z udziałem marszałków: Sejmu i Senatu, premiera Mateusza Morawieckiego, przedstawicieli MEN i Kancelarii Prezydenta oraz zaproszonych naukowców i historyków z okazji otwarcia wystawy pn. „Niepodległa w 100 rocznicę powstania Sejmu Ustawodawczego 10 lutego 1919 r”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 07 Z 13 LUTEGO 2019 R.

To była moja męska decyzja

Z ANDRZEJEM WOŹNICKIM o sprawach z pozoru błahych i ważkich, jednak spiętych strażackim wężem, rozmawia Jerzy Mianowski.

Szybko podjąłeś decyzję o kandydowaniu na prezesa zarządu Oddziału Powiatowego ZOSP RP w Wągrowcu?

- Takie decyzje szybko i bez zachłyśnięcia podejmują tylko ci, którzy widzą w tym drogę do własnego lansowania się, efekciarstwa i próżnego ego. W sytuacji końca kadencji jest czas na zastanowienie, przemyślenia i naturalne przygotowanie do nowego wyzwania. Po śmierci dh prezesa, Zarząd Oddziału musiał pracować dalej, więc czasu nad długie przemyślenia nie było za wiele. A jak mnie znasz, zawsze lubiłem nowe wyzwania, a podejmowania ważkich decyzji jako dowódca dawno się nauczyłem. Więc była to męska decyzja.
Kto lub jakie gremium wyszło z tą propozycją?

- Propozycje objęcia funkcji prezesa wyszła oczywiście od członków Zarządu, którzy są przedstawicielami jednostek OSP z naszego powiatu i również bezpośrednio z wielu OSP otrzymywałem sygnały druhów, że widzą moją osobę na tej funkcji.
Zachłysnęło Ciebie wówczas?

- Można udawać i tworzyć pozory, ale jak ktoś działa w szeregach strażackich od najmłodszych lat i robi to z przekonania, że tak właśnie trzeba, to nie ma miejsca na fałszywą skromność. Bardziej miałem obawy o sprostanie wymogom pracy administracyjnej związanej z funkcją prezesa, niż całą pozostałą częścią zadań, ale umówiłem się z całym prezydium zarządu na wspólną działalność.
A tak w ogóle, wysunięto jakiegokolwiek kontrkandydata?

- Nie, moja kandydatura była jedyna. Może lata ścisłej współpracy ze zmarłym dh Andrzejem w Zarządzie Powiatowym i Zarządzie MG w Gołańczy wyrobiły wśród tych, z którymi przychodziło nam współpracować na różnych płaszczyznach podobne odczucia. Myślę, że stworzyliśmy dobrze działający tandem druhów oddanych sprawie, rozumiejących się na przysłowiowe mrugnięcie oka i uzupełniających się w codziennym działaniu. Nie nasze osoby byłe ważne w tym wszystkim, ale strażacka służba.
Nie obawiasz się, że teraz przez dłuższy czas będziesz działał w cieniu śp. Andrzeja Kuraszkiewicza, Twojego poprzednika?

- Tak jak powiedziałem na pogrzebie dh Andrzeja w czasie pożegnania, traktowałem go jak „starszego brata” i dlatego myślę, że działanie w cieniu „starszego brata” to tylko zaszczyt, a nie ujma i coś złego. Wiele spraw to nasza wspólna robota i kontynuowanie ich będzie rzeczą naturalną i oczywistą. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 06 Z 6 LUTEGO 2019 R.

Różne barwy ferii

To już ostatnie dni ferii zimowych w Wielkopolsce. Nie wszystkie dzieci jednak miały okazję do uczestniczenia w zorganizowanych formach wypoczynku.

Organizatorami zajęć najczęściej były i są placówki biblioteczne. Tak było w Wągrowcu i w Skokach. Początek ferii zbiegł się z 27. Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, tak więc dzieci i młodzież szkolna były aktywnie zaangażowane w kwestowanie na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz przy imprezach finału.
Pogoda nie rozpieszczała w czasie ferii, choć spełniły się częściowo marzenia dzieci o choć odrobinie śniegu i mrozu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 04 Z 23 STYCZNIA 2019 R.

Nadwełniańskie miasteczko z charyzmą

Mieścisko wbrew pozorom nie było i nie jest zapyziałym miasteczkiem, gdzie psy d... szczekają.

W ubiegłym roku doczekało się wiekopomnego dzieła o swoich mieszkańcach. Mało która miejscowość w regionie może pochwalić się takim opracowaniem. Zazwyczaj są to próby monografii lub wspomnienia, a ta praca wykracza poza utarty model publikacji o tym charakterze.
Do lat ostatniego międzywojnia Mieścisko posiadało prawa miejskie, a w wiekach wcześniejszych otrzymało kilka praw, między innym król Jan III ustanowił tam jarmarki, a  1797 roku Mieścisko miało komorę celną. Właśnie mieściskie jarmarki przez setki lat przyciągały handlarzy bydła, drobiu, w tym gęsi oraz kupców kramnych z okolic i daleka. Cykliczne jarmarki przetrwały do 1939 roku.
Mało kto wie, że Mieścisko było miastem. Już w XV wieku Mieścisko posiadało prawa miejskie. W 1474 roku król Kazimierz Jagiellończyk przeniósł Mieścisko z prawa polskiego na prawo niemieckie (magdeburskie). W 1934 roku utraciło prawa miejskie wskutek stagnacji w rozwoju.
Edward Kubisz, były mieszkaniec Mieściska, w swojej prawie 550-stronicowej pracy odbył spacer ulicami miasteczka lat 50-tych XX wieku. Mieszkał tutaj do 1959 roku, a potem poszedł w świat, jednakże wciąż wraca do rodzinnych korzeni. Nie jest to opracowanie pretendujące do klasycznej monografii czy też podręcznika historii, a  mimo wszystko kopalnia wiedzy o wielkopolskim miasteczku i jego mieszkańcach z socjologicznym zacięciem.
- Mieszkańcy tamtego Mieściska stanowili jedną wielką rodzinę ze wszystkimi tej zależności prawami, ale i obowiązkami – mówi autor publikacji. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 03 Z 16 STYCZNIA 2019 R.

Książęcy pałac

Skoczanka MAJA GIŻYCKA - RÓZALSKA jest Pośrednikiem Dobra Fundacji Gajusz w Łodzi. Jej wystąpienie podczas jasełek w Skokach wywołało wielkie poruszenie. Rozmawiał z nią Franciszek Szklennik.

Proszę opisać swoje skockie korzenie
- Moja mama jest z Chełmna, tata z Włocławka. Oboje studiowali w Poznaniu. Spotkali się w szpitalu w Pile i już jako małżeństwo przyjechali do Skoków. Ówczesne władze kusiły wtedy młodych lekarzy perspektywą mieszkań służbowych. Przyjęli propozycję pracy w skockiej przychodni. W miasteczku, którego dotąd nie znali. Na początku na próbę, na chwilę. Zostali ponad 40 lat. Do tej pory mieszkają w Skokach. Tu wychowali się moi dwaj starsi bracia i ja.
Ma Pani swoje doświadczenia artystyczne związane z Grupą Artystyczną Skoczki. Ile lat trwała ta przygoda?
- „Skoczki” to jedno z najradośniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Należałam do pierwszego składu dziecięcego chóru „Skoczki 93”, czyli obecnie Grupy Artystycznej Skoczki. Pamiętam dzień przesłuchań kandydatów do mającego powstać chóru. W skockiej bibliotece, naprzeciwko mojego domu rodzinnego. Miałam 8 lat. Długo wybierałam sukienkę. Wystrojona i onieśmielona zaśpiewałam swoją piosenkę, potem powtarzałam ze słuchu fragmenty melodii. Udało się. Tego dnia zaczęła się moja przygoda ze śpiewaniem.
Z kim dane było Pani wspólnie pracować?
- Dzięki Skoczkom poznałam Mieczysława Jarzembowskiego, czyli naszego „Pana Miecia”, który kierował zespołem. Przez wiele lat uczył nas nie tylko śpiewu. Uczył wrażliwości, koleżeństwa i wiary w siebie. Człowiek z wielkim poczuciem humoru i jeszcze większym sercem. W świat muzyki wprowadzał nas też „Pan Antek”, czyli Antoni Wiśniewski - świetny pedagog, zawsze uśmiechnięty, pełen pozytywnej energii. Dobrym duchem zespołu była „Pani Jadzia” - Jadwiga Ranke, wieloletnia dyrektor biblioteki, która stała się dzięki niej prawdziwym domem kultury. Domem, bo atmosfera była tam zawsze domowa. A kultury, bo w maleńkim miasteczku w latach dziewięćdziesiątych pokazała, że warto realizować marzenia, ćwiczyć, rozwijać talenty, a sukces jest bliżej niż nam się wydaje. Bardzo dbała o nas również Pani Gabrysia Bałażyk z biblioteki. Na każdej próbie, występie, wycieczce. Zawsze przy nas, zawsze gotowa do pomocy. To dzięki ich bezinteresownemu zaangażowaniu, godzinach spędzonych na próbach, warsztatach oraz organizacji koncertów i wyjazdów „Skoczki” mogły zwiedzać Polskę i Europę, spotkać papieża, koncertować w: Hiszpanii, we Włoszech, w Watykanie, Na Litwie, Ukrainie, w Niemczech czy w Francji. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że to normalne, że ograniczeń nie ma, że kto ma talent, ten wygrywa festiwale. Dziś, po 25 latach wiem, że sytuacja utalentowanych dzieci w wielu innych polskich miasteczkach wygląda zupełnie inaczej niż w Skokach. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 02 Z 9 STYCZNIA 2019 R.

Co jest najważniejsze?

To jedna z tych postaci XX wieku, do których warto wracać i odwoływać się – zwłaszcza wspominając naszych największych w stulecie odzyskania niepodległości.

„Na Żelaznej dwóch Niemców postawiło Żyda na beczce. Wielkimi nożycami zaczęli mu strzyc brodę. Wokół mały tłumek, przeważnie Żydów, przyglądający się temu widowisku z uciechą. Wielu się śmiało. Ten człowiek na beczce poddany był najgorszemu upokorzeniu, gorszemu od chłosty. Patrząc na to, postanowiłem sobie, że nigdy, przenigdy nie pozwolę postawić się na beczce”- to wielokrotnie przywoływane przez Marka Edelmana (1922-2009) wspomnienie stało się kluczem do jego wojennej biografii.
Tworząc warszawskie getto w listopadzie 1940 roku na obszarze zamieszkanym wcześniej przez 150 tysięcy warszawiaków, Niemcy stłoczyli pół miliona Żydów. Niespełna dwudziestoletni Marek Edelman był już wówczas działaczem Bundu, żydowskiej partii, która stawiała sobie za cel budowę sprawiedliwej, socjalistycznej Polski. Pracował jako goniec, zarabiając 52 zł miesięcznie, co wystarczało mu na 2-3 bochenki chleba. W getcie był jednym z 500 Żydów, którzy pod koniec 1941 roku utworzyli formację militarną – niestety, prawie nie mieli broni. Powstała rok później Żydowska Organizacja Bojowa grupowała młodzież zdecydowaną zginąć z bronią w ręku, aby nie znaleźć się w Treblince, gdzie zagazowano setki tysięcy Żydów. Przywódcą ŻOB-u był Mordechaj Anielewicz. „Jedni chcieli się bić w jakikolwiek sposób, wszędzie, jak się dało. Byli gotowi nawet paznokciami orać twarze Niemców, pragnęli walki, byli żądni krwi w sposób zupełnie irracjonalny. Anielewicz był jednym z nich. Drudzy, do których ja się zaliczałem, woleli czekać, oszczędzać zasoby, żeby jak najlepiej rozegrać tę ostatnią, decydującą walkę” - wspominał po latach Edelman. Anielewicz pisał w liście: „Nareszcie dożyłem dnia, w którym mój naród walczy z Niemcami”. W chwili upadku powstania w getcie popełnił samobójstwo w bunkrze na ulicy Miłej. Edelman dwukrotnie uciekał kanałami. Pierwszy raz z getta 10 maja 1943 r., a drugi – z końcem sierpnia następnego roku, gdy na Starówce dogasało powstanie warszawskie, w którym walczył w szeregach Armii Ludowej. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 01 Z 2 STYCZNIA 2019 R.

Junior wśród rajców rozwija skrzydła

MATEUSZ STAJKOWSKI jest bezsprzecznie najmłodszym radnym wśród wszystkich wybranych w gminach i do rady powiatu.

Mateusz Stajkowski ma zaledwie 23 lata i mieszka w Pomarzankach w gminie Skoki. To niewielka wieś na samym skraju gminy i powiatu zarazem. Dokumenty historyczne wspominają o niej już w XVI wieku. Bliżej stąd do Gniezna niż stolicy powiatu, dlatego też część mieszkańców kieruje swoje kroki edukacyjne i zawodowe w tę stronę, choć stan dróg pozostawia wiele do życzenia. Mandat zyskał wygrywając z czworgiem kontrkandydatów. W tej wsi mieszka również wieloletni, były już radny Roman Witek, ale on startował z innego okręgu i mandat radnego stracił różnicą jednego głosu. Gdyby nie to, to byłby jednym z najstarszych radnych w powiecie.

 

MÓWILI: STARTUJ

- Decyzję o kandydowaniu podjąłem w ostatniej chwili. Namawiali mnie koledzy, którzy przekonywali, że sprawy rolnicze w radzie mogą być słabo reprezentowane - mówi młody radny. - Mamie mój pomysł chyba nie bardzo się podobał, ale już się przyzwyczaiła - dodaje ze śmiechem.

- Faktycznie byłam wewnętrznie przeciwko kandydowaniu Mateusza, ale w końcu dałam spokój - potwierdza Irena Stajkowska, mama Mateusza.

Młody rolnik startował z Komitetu Wyborczego Aleksandry Radeckiej, z tego samego, z którego na burmistrza Skoków startowała Paulina Radecka-Kamińska, urbanistka pracująca w Urzędzie Miejskim w Wągrowcu. Obecny radny tuż po wyborach przyglądał się zabiegom innych radnych o ulokowanie się w klubach. Jego też odwiedzali i namawiali, ale postawił na rozwiązywanie problemów mieszkańców, nie zaś na lokalne gry polityczne.

- Uczę się nowej roli społecznej, bo do tej pory głowę miałem zajętą gospodarstwem i studiami, które kończę na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu - wyznaje.

Jest studentem ostatniego roku inżynierii rolniczej, zwanej dawniej mechanizacją rolniczą.

Wyższe studia kontynuuje także młodsza o trzy lata siostra, która pracuje i jednocześnie studiuje finanse i rachunkowość oraz młodszy o dwa lata brat, który na Politechnice Poznańskiej studiuje mechanizację i budowę maszyn. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 51/52 Z 19/26 GRUDNIA 2018 R.

Mateusz Stajkowski ma zaledwie 23 lata i mieszka w Pomarzankach w gminie Skoki. To niewielka wieś na samym skraju gminy i powiatu zarazem. Dokumenty historyczne wspominają o niej już w XVI wieku. Bliżej stąd do Gniezna niż stolicy powiatu, dlatego też część mieszkańców kieruje swoje kroki edukacyjne i zawodowe w tę stronę, choć stan dróg pozostawia wiele do życzenia. Mandat zyskał wygrywając z czworgiem kontrkandydatów. W tej wsi mieszka również wieloletni, były już radny Roman Witek, ale on startował z innego okręgu i mandat radnego stracił różnicą jednego głosu. Gdyby nie to, to byłby jednym z najstarszych radnych w powiecie.
 
MÓWILI: STARTUJ
- Decyzję o kandydowaniu podjąłem w ostatniej chwili. Namawiali mnie koledzy, którzy przekonywali, że sprawy rolnicze w radzie mogą być słabo reprezentowane - mówi młody radny. - Mamie mój pomysł chyba nie bardzo się podobał, ale już się przyzwyczaiła - dodaje ze śmiechem.
- Faktycznie byłam wewnętrznie przeciwko kandydowaniu Mateusza, ale w końcu dałam spokój - potwierdza Irena Stajkowska, mama Mateusza.
Młody rolnik startował z Komitetu Wyborczego Aleksandry Radeckiej, z tego samego, z którego na burmistrza Skoków startowała Paulina Radecka-Kamińska, urbanistka pracująca w Urzędzie Miejskim w Wągrowcu. Obecny radny tuż po wyborach przyglądał się zabiegom innych radnych o ulokowanie się w klubach. Jego też odwiedzali i namawiali, ale postawił na rozwiązywanie problemów mieszkańców, nie zaś na lokalne gry polityczne.
- Uczę się nowej roli społecznej, bo do tej pory głowę miałem zajętą gospodarstwem i studiami, które kończę na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu - wyznaje.
Jest studentem ostatniego roku inżynierii rolniczej, zwanej dawniej mechanizacją rolniczą.
Wyższe studia kontynuuje także młodsza o trzy lata siostra, która pracuje i jednocześnie studiuje finanse i rachunkowość oraz młodszy o dwa lata brat, który na Politechnice Poznańskiej studiuje mechanizację i budowę maszyn.

 

Złote gody

Z okazji pięćdziesięciolecia pożycia małżeńskiego piętnaście par z gminy Gołańcz otrzymało medale przyznawane przez prezydenta Rzeczpospolitej Polski, Andrzeja Dudę. W imieniu głowy państwa odznaczenia wręczył jubilatom burmistrz Mieczysław Durski. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 49 Z 5 GRUDNIA 2018 R.

Piękno zostaje na całe życie

Już 2 grudnia do Skoków zawita ANNA GRISHINA, była członkini rosyjskiej kadry narodowej, wicemistrzyni Europy, obecnie trenerka i sędzia gimnastyki artystycznej. O jej drodze do sukcesów i współczesności rozmawia z nią Franciszek Szklennik.

Zanim spytam o to, kiedy i jak trafiła Pani do Polski, proszę powiedzieć Czytelnikom, kiedy zaczęła się Pani przygoda z gimnastyką artystyczną?
- Kiedy rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie, miałam wtedy 7 lat, w naszej szkole był nabór dziewczynek na zajęcia z gimnastyki artystycznej. Z powodzeniem przeszłam eliminacje i zostałam przyjęta. Przyniosłam rodzicom notatkę z informacją, gdzie i kiedy trzeba przyjść na zebranie. Nie było wtedy Internetu i telefonów, a o reklamie nikt jeszcze nie słyszał.
Nawet nie pamiętam, z kim byłam na tym zebraniu, z mamą czy z tatą, ale rodzice zapisali mnie do sekcji gimnastyki artystycznej. Tak zaczęłam swoją wielką podróż po świecie sportu.
Pochodzi Pani z kraju, w którym gimnastyka ma wieloletnią tradycję i sukcesy. Z czego Pani rezygnowała jako dziecko, żeby osiągnąć wysoki poziom sportowy?
- To prawda, Rosja jest krajem, gdzie gimnastyka ma wieloletnią tradycję i sukcesy. Powiem więcej, to kraj, w którym powstał ten piękny sport. Ja miałam to szczęście, że jako dziecko nie musiałam rezygnować z niczego. Nie było Internetu, gadżetów, telewizja dopiero wchodziła w życie. Były dwa kanały telewizyjne, w jednym z nich były bajki o 20.45 na dobranoc. Miałam lekcje w szkole do 14 i czas na obiad, potem sama jeździłam na trening. Rodzice mnie tylko odbierali po treningu. Na początku miałam czas na wszystko: spacery z koleżankami, wyjazdy z rodziną, narty zimą, rower latem. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 48 Z 28 LISTOPADA 2018 R.

Listopadowe jubileusze

O wieku seniorów mówi się, że to „jesień życia”, ale dla członków Klubu Seniora „Cystersi” z Łekna to jesień przepełniona wiosną i latem, chęcią życia i przeżycia jeszcze wielu radości i sukcesów.

W takim duchu, w sobotę 17 listopada w miejscowej sali widowiskowej odbyła się uroczystość jubileuszowa, na której świętowano w sposób podniosły jubileusz pożycia małżeńskiego państwa: Marii i Mariana Sengerów (55-lecie) oraz urodziny seniorów: Janusza Koteckiego (85 lat), Mariana Sengera (80 lat), Czesławy Lewandowskiej (75 lat) Teresy Maćkowskiej (70 lat), Teresy Sakłak (70 lat), Tadeusza Sakłaka (70 lat), Franciszka Szmani (70 lat). Gospodarzem spotkania była Urszula Pawlak, prezes klubu „Cystersi”. Do Łekna przybyli m.in: Tomasz Kranc, starosta wągrowiecki, Paulina Meller-Biegańska - kierownik GOPS-u, która reprezentowała wójta gminy Przemysława Majchrzaka, Krystyna Urbańska, radna powiatu, Piotr Zawadzki, radny gminy, Małgorzata Wiśniewska, sołtys Łekna. Tradycją jest już to, że na uroczystości „Cystersów” przyjeżdżają delegacje zaprzyjaźnionych klubów i kół z: Damasławka, Rogowa, Mieściska, Janowca Wlkp., Niemczyna oraz wszyscy członkowie miejscowego klubu seniora. Pani prezes wraz z zarządem złożyła jubilatom serdeczne gratulacje i życzenia, wręczając okolicznościowe listy z życzeniami i kwiaty. Z laudacjami pospieszyli zaproszeni goście. Starosta Tomasz Kranc w ciepłych słowach przekazał jubilatom życzenia zdrowia, satysfakcji z osiągniętych celów oraz niesłabnącej chęci do dalszego, aktywnego życia. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 47 Z 21 LISTOPADA 2018 R.

Świat złomu i klamoctwa

ALEKSANDRA BŁASZKOWSKIEGO większość kojarzy z mechaniką pojazdową i zabytkowymi pojazdami. Ma on jednak w swoim życiu inne karty, które zaciekawiają...

Pochodzi z Łazisk, gdzie od trzech pokoleń tkwi jego rodzina. Jego dziadek Józef Błaszkowski prowadził gospodarstwo ogrodnicze, które potem przekazał swojemu synowi Eugeniuszowi - ojcu Aleksandra. Dziadek wywędrował do Gdańska, bo - jak sam twierdził - tam interes ogrodniczy lepiej kwitł.

EWA
Aleksandra raczej do ogrodnictwa nie ciągnęło. W jego głowie kiełkowała myśl, żeby zostać mechanikiem. Ale zanim to nastąpiło, postanowił zostać właścicielem... dyskoteki i to w Gościejewie w gminie Rogoźno.
- Chciałem mieć dyskotekę, żeby pewna niewiasta jeździła z całą swoją ekipą tam, gdzie ja chciałem, a nie tam, gdzie ona chciała - mówi ze śmiechem Olek. - Ostatecznie ekipa zrobiła wszystko, żeby jeździła do mnie - dodaje.
A żeby plan się udał, to nawet wynajął autobus.
Pewnego razu spotkał mieszkanki okolicznej miejscowości, które chciały u niego wynająć salę na jakąś uroczystość. Jedna z nich przyszła później wraz z koleżanką, żeby omówić szczegóły całej sprawy. Ta koleżanka, to właśnie Ewa, późniejsza żona Aleksandra.
- Jak ja zobaczyłem, to od razu mi się spodobała i wydawała mi się taka poukładana i w dodatku nie była małolatą, których pełno było wokół mnie - zwierza się Olek, który w momencie poznania Ewy miał 21 lat.
Ona miała wówczas 19 lat.
- Odwiozłem Ewę do domu i powiedziałem jej, żeby sama do mnie nie przyjeżdżała, bo ja po nią przyjadę i to w dodatku... autobusem. Oczywiście wynajętym - wyjaśnia. - Jak mój przyszły teść zobaczył, że faktycznie przyjechałem po jego córkę autobusem, to powiedział, że za tydzień to chyba przylecę helikopterem.
Daleko nie miał, bo Ewa mieszkała w Kaziopolu, gdzie jej rodzice prowadzili gospodarstwo rolne.
- Dyskoteka splajtowała, a jedynym zyskiem, jaki mi się ostał, była wspaniała żona - mówi z błyskiem w oku mój rozmówca.
Po trzech latach znajomości pobrali się, po dwóch latach małżeństwa urodziła się najstarsza córka Ola. Ola ma teraz 16 lat i jest uczennicą Technikum Ekonomicznego w Wągrowcu, przy ul. Kcyńskiej. Ewa po ślubie jakiś czas pracowała w Rogoźnie, zanim osiedli na ojcowiźnie w Łaziskach. Na świat przychodziły kolejne dzieci: Mateusz, który ma teraz 13 lat, Marysia (11 lat) i najmłodsza, siedmioletnia obecnie Zosia, która gdyby mogła, to nie odstępowałaby taty na krok. Podczas naszej rozmowy wykorzystywała każdą nadarzającą się okazję do tulenia się do taty. Olek potwierdza zresztą, że córeczka jest fanką motoryzacji. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 46 Z 14 LISTOPADA 2018 R.

Modliszki są jak pokemony

Mówi się, że nazwę zawdzięczają swojej modlitewnej postawie. Jednak to, że przyjmują taką pozę, nie świadczy o tym, że są religijne i pokojowo nastawione – czasami bywa wręcz odwrotnie. Doskonale wie o tym BARTEK WÓJCIK z Durowa.

 

 

Pierwszy kontakt z modliszkami Bartek miał osiem lat temu podczas wakacji w Chorwacji. W pokoju, w którym mieszkał z rodziną, pojawił się ten ciekawy owad. Stworzenie zaciekawiło chłopca na tyle, że zabrał je ze sobą do Polski, ale ich znajomość nie trwała długo, bowiem modliszkę po krótkim czasie skonsumował kot Bartka.

 

JAK Z DZIEĆMI
Ponownie chłopak zainteresował się tymi owadami po kilku latach, kiedy zobaczył film dokumentalny o modliszkach storczykowych, upodobniających się do kwiatów. Zaczął zbierać informacje o tym, czy można je hodować w domu oraz w jaki sposób można je zakupić?

- Pierwsze modliszki kupiłem na Allegro w 2015 roku – wspomina Bartek. - Na zdjęciach z aukcji były zdjęcia dorosłych osobników o długości 10 cm. Zbyt mało wtedy o nich wiedziałem. Nabyłem dziewięć sztuk, a największa miała może 1,5 cm. Dopiero potem dowiedziałem się, że sprzedaje się je w różnych stadiach rozwojowych.

Od razu pojawił się inny problem: okazało się, że tak młode osobniki żywią się muszkami owocówkami, których Bartek nie miał. Zatem musiał zdobywać pokarm dla swoich pupili.
- To było codzienne polowanie, bieganie z foliową torebką po ogrodzie, rozcinanie owoców i łapanie muszek, kiedy siadały na owocach – śmieje się chłopak.

Przez pierwsze tygodnie modliszki w hodowli Bartka były, można powiedzieć, na restrykcyjnej diecie. Ogólnie owady te mogą długo wytrzymać bez pożywienia, ale należy uważać, bo są też pokarmy, których nie można im serwować. Grozi to tzw. czopowaniem, czyli zapychaniem się przewodu pokarmowego i śmiercią. Dziś Bartek na tyle się wyszkolił, że bez problemu potrafi samodzielnie wyhodować wystarczającą ilość muszek. (...)

 

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 46 Z 14 LISTOPADA 2018 R.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem