piątek, 18 stycznia
10:02

Nadwełniańskie miasteczko z charyzmą

Mieścisko wbrew pozorom nie było i nie jest zapyziałym miasteczkiem, gdzie psy d... szczekają.

W ubiegłym roku doczekało się wiekopomnego dzieła o swoich mieszkańcach. Mało która miejscowość w regionie może pochwalić się takim opracowaniem. Zazwyczaj są to próby monografii lub wspomnienia, a ta praca wykracza poza utarty model publikacji o tym charakterze.
Do lat ostatniego międzywojnia Mieścisko posiadało prawa miejskie, a w wiekach wcześniejszych otrzymało kilka praw, między innym król Jan III ustanowił tam jarmarki, a  1797 roku Mieścisko miało komorę celną. Właśnie mieściskie jarmarki przez setki lat przyciągały handlarzy bydła, drobiu, w tym gęsi oraz kupców kramnych z okolic i daleka. Cykliczne jarmarki przetrwały do 1939 roku.
Mało kto wie, że Mieścisko było miastem. Już w XV wieku Mieścisko posiadało prawa miejskie. W 1474 roku król Kazimierz Jagiellończyk przeniósł Mieścisko z prawa polskiego na prawo niemieckie (magdeburskie). W 1934 roku utraciło prawa miejskie wskutek stagnacji w rozwoju.
Edward Kubisz, były mieszkaniec Mieściska, w swojej prawie 550-stronicowej pracy odbył spacer ulicami miasteczka lat 50-tych XX wieku. Mieszkał tutaj do 1959 roku, a potem poszedł w świat, jednakże wciąż wraca do rodzinnych korzeni. Nie jest to opracowanie pretendujące do klasycznej monografii czy też podręcznika historii, a  mimo wszystko kopalnia wiedzy o wielkopolskim miasteczku i jego mieszkańcach z socjologicznym zacięciem.
- Mieszkańcy tamtego Mieściska stanowili jedną wielką rodzinę ze wszystkimi tej zależności prawami, ale i obowiązkami – mówi autor publikacji. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 03 Z 16 STYCZNIA 2019 R.

Książęcy pałac

Skoczanka MAJA GIŻYCKA - RÓZALSKA jest Pośrednikiem Dobra Fundacji Gajusz w Łodzi. Jej wystąpienie podczas jasełek w Skokach wywołało wielkie poruszenie. Rozmawiał z nią Franciszek Szklennik.

Proszę opisać swoje skockie korzenie
- Moja mama jest z Chełmna, tata z Włocławka. Oboje studiowali w Poznaniu. Spotkali się w szpitalu w Pile i już jako małżeństwo przyjechali do Skoków. Ówczesne władze kusiły wtedy młodych lekarzy perspektywą mieszkań służbowych. Przyjęli propozycję pracy w skockiej przychodni. W miasteczku, którego dotąd nie znali. Na początku na próbę, na chwilę. Zostali ponad 40 lat. Do tej pory mieszkają w Skokach. Tu wychowali się moi dwaj starsi bracia i ja.
Ma Pani swoje doświadczenia artystyczne związane z Grupą Artystyczną Skoczki. Ile lat trwała ta przygoda?
- „Skoczki” to jedno z najradośniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Należałam do pierwszego składu dziecięcego chóru „Skoczki 93”, czyli obecnie Grupy Artystycznej Skoczki. Pamiętam dzień przesłuchań kandydatów do mającego powstać chóru. W skockiej bibliotece, naprzeciwko mojego domu rodzinnego. Miałam 8 lat. Długo wybierałam sukienkę. Wystrojona i onieśmielona zaśpiewałam swoją piosenkę, potem powtarzałam ze słuchu fragmenty melodii. Udało się. Tego dnia zaczęła się moja przygoda ze śpiewaniem.
Z kim dane było Pani wspólnie pracować?
- Dzięki Skoczkom poznałam Mieczysława Jarzembowskiego, czyli naszego „Pana Miecia”, który kierował zespołem. Przez wiele lat uczył nas nie tylko śpiewu. Uczył wrażliwości, koleżeństwa i wiary w siebie. Człowiek z wielkim poczuciem humoru i jeszcze większym sercem. W świat muzyki wprowadzał nas też „Pan Antek”, czyli Antoni Wiśniewski - świetny pedagog, zawsze uśmiechnięty, pełen pozytywnej energii. Dobrym duchem zespołu była „Pani Jadzia” - Jadwiga Ranke, wieloletnia dyrektor biblioteki, która stała się dzięki niej prawdziwym domem kultury. Domem, bo atmosfera była tam zawsze domowa. A kultury, bo w maleńkim miasteczku w latach dziewięćdziesiątych pokazała, że warto realizować marzenia, ćwiczyć, rozwijać talenty, a sukces jest bliżej niż nam się wydaje. Bardzo dbała o nas również Pani Gabrysia Bałażyk z biblioteki. Na każdej próbie, występie, wycieczce. Zawsze przy nas, zawsze gotowa do pomocy. To dzięki ich bezinteresownemu zaangażowaniu, godzinach spędzonych na próbach, warsztatach oraz organizacji koncertów i wyjazdów „Skoczki” mogły zwiedzać Polskę i Europę, spotkać papieża, koncertować w: Hiszpanii, we Włoszech, w Watykanie, Na Litwie, Ukrainie, w Niemczech czy w Francji. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że to normalne, że ograniczeń nie ma, że kto ma talent, ten wygrywa festiwale. Dziś, po 25 latach wiem, że sytuacja utalentowanych dzieci w wielu innych polskich miasteczkach wygląda zupełnie inaczej niż w Skokach. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 02 Z 9 STYCZNIA 2019 R.

Co jest najważniejsze?

To jedna z tych postaci XX wieku, do których warto wracać i odwoływać się – zwłaszcza wspominając naszych największych w stulecie odzyskania niepodległości.

„Na Żelaznej dwóch Niemców postawiło Żyda na beczce. Wielkimi nożycami zaczęli mu strzyc brodę. Wokół mały tłumek, przeważnie Żydów, przyglądający się temu widowisku z uciechą. Wielu się śmiało. Ten człowiek na beczce poddany był najgorszemu upokorzeniu, gorszemu od chłosty. Patrząc na to, postanowiłem sobie, że nigdy, przenigdy nie pozwolę postawić się na beczce”- to wielokrotnie przywoływane przez Marka Edelmana (1922-2009) wspomnienie stało się kluczem do jego wojennej biografii.
Tworząc warszawskie getto w listopadzie 1940 roku na obszarze zamieszkanym wcześniej przez 150 tysięcy warszawiaków, Niemcy stłoczyli pół miliona Żydów. Niespełna dwudziestoletni Marek Edelman był już wówczas działaczem Bundu, żydowskiej partii, która stawiała sobie za cel budowę sprawiedliwej, socjalistycznej Polski. Pracował jako goniec, zarabiając 52 zł miesięcznie, co wystarczało mu na 2-3 bochenki chleba. W getcie był jednym z 500 Żydów, którzy pod koniec 1941 roku utworzyli formację militarną – niestety, prawie nie mieli broni. Powstała rok później Żydowska Organizacja Bojowa grupowała młodzież zdecydowaną zginąć z bronią w ręku, aby nie znaleźć się w Treblince, gdzie zagazowano setki tysięcy Żydów. Przywódcą ŻOB-u był Mordechaj Anielewicz. „Jedni chcieli się bić w jakikolwiek sposób, wszędzie, jak się dało. Byli gotowi nawet paznokciami orać twarze Niemców, pragnęli walki, byli żądni krwi w sposób zupełnie irracjonalny. Anielewicz był jednym z nich. Drudzy, do których ja się zaliczałem, woleli czekać, oszczędzać zasoby, żeby jak najlepiej rozegrać tę ostatnią, decydującą walkę” - wspominał po latach Edelman. Anielewicz pisał w liście: „Nareszcie dożyłem dnia, w którym mój naród walczy z Niemcami”. W chwili upadku powstania w getcie popełnił samobójstwo w bunkrze na ulicy Miłej. Edelman dwukrotnie uciekał kanałami. Pierwszy raz z getta 10 maja 1943 r., a drugi – z końcem sierpnia następnego roku, gdy na Starówce dogasało powstanie warszawskie, w którym walczył w szeregach Armii Ludowej. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 01 Z 2 STYCZNIA 2019 R.

Junior wśród rajców rozwija skrzydła

MATEUSZ STAJKOWSKI jest bezsprzecznie najmłodszym radnym wśród wszystkich wybranych w gminach i do rady powiatu.

Mateusz Stajkowski ma zaledwie 23 lata i mieszka w Pomarzankach w gminie Skoki. To niewielka wieś na samym skraju gminy i powiatu zarazem. Dokumenty historyczne wspominają o niej już w XVI wieku. Bliżej stąd do Gniezna niż stolicy powiatu, dlatego też część mieszkańców kieruje swoje kroki edukacyjne i zawodowe w tę stronę, choć stan dróg pozostawia wiele do życzenia. Mandat zyskał wygrywając z czworgiem kontrkandydatów. W tej wsi mieszka również wieloletni, były już radny Roman Witek, ale on startował z innego okręgu i mandat radnego stracił różnicą jednego głosu. Gdyby nie to, to byłby jednym z najstarszych radnych w powiecie.

 

MÓWILI: STARTUJ

- Decyzję o kandydowaniu podjąłem w ostatniej chwili. Namawiali mnie koledzy, którzy przekonywali, że sprawy rolnicze w radzie mogą być słabo reprezentowane - mówi młody radny. - Mamie mój pomysł chyba nie bardzo się podobał, ale już się przyzwyczaiła - dodaje ze śmiechem.

- Faktycznie byłam wewnętrznie przeciwko kandydowaniu Mateusza, ale w końcu dałam spokój - potwierdza Irena Stajkowska, mama Mateusza.

Młody rolnik startował z Komitetu Wyborczego Aleksandry Radeckiej, z tego samego, z którego na burmistrza Skoków startowała Paulina Radecka-Kamińska, urbanistka pracująca w Urzędzie Miejskim w Wągrowcu. Obecny radny tuż po wyborach przyglądał się zabiegom innych radnych o ulokowanie się w klubach. Jego też odwiedzali i namawiali, ale postawił na rozwiązywanie problemów mieszkańców, nie zaś na lokalne gry polityczne.

- Uczę się nowej roli społecznej, bo do tej pory głowę miałem zajętą gospodarstwem i studiami, które kończę na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu - wyznaje.

Jest studentem ostatniego roku inżynierii rolniczej, zwanej dawniej mechanizacją rolniczą.

Wyższe studia kontynuuje także młodsza o trzy lata siostra, która pracuje i jednocześnie studiuje finanse i rachunkowość oraz młodszy o dwa lata brat, który na Politechnice Poznańskiej studiuje mechanizację i budowę maszyn. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 51/52 Z 19/26 GRUDNIA 2018 R.

Mateusz Stajkowski ma zaledwie 23 lata i mieszka w Pomarzankach w gminie Skoki. To niewielka wieś na samym skraju gminy i powiatu zarazem. Dokumenty historyczne wspominają o niej już w XVI wieku. Bliżej stąd do Gniezna niż stolicy powiatu, dlatego też część mieszkańców kieruje swoje kroki edukacyjne i zawodowe w tę stronę, choć stan dróg pozostawia wiele do życzenia. Mandat zyskał wygrywając z czworgiem kontrkandydatów. W tej wsi mieszka również wieloletni, były już radny Roman Witek, ale on startował z innego okręgu i mandat radnego stracił różnicą jednego głosu. Gdyby nie to, to byłby jednym z najstarszych radnych w powiecie.
 
MÓWILI: STARTUJ
- Decyzję o kandydowaniu podjąłem w ostatniej chwili. Namawiali mnie koledzy, którzy przekonywali, że sprawy rolnicze w radzie mogą być słabo reprezentowane - mówi młody radny. - Mamie mój pomysł chyba nie bardzo się podobał, ale już się przyzwyczaiła - dodaje ze śmiechem.
- Faktycznie byłam wewnętrznie przeciwko kandydowaniu Mateusza, ale w końcu dałam spokój - potwierdza Irena Stajkowska, mama Mateusza.
Młody rolnik startował z Komitetu Wyborczego Aleksandry Radeckiej, z tego samego, z którego na burmistrza Skoków startowała Paulina Radecka-Kamińska, urbanistka pracująca w Urzędzie Miejskim w Wągrowcu. Obecny radny tuż po wyborach przyglądał się zabiegom innych radnych o ulokowanie się w klubach. Jego też odwiedzali i namawiali, ale postawił na rozwiązywanie problemów mieszkańców, nie zaś na lokalne gry polityczne.
- Uczę się nowej roli społecznej, bo do tej pory głowę miałem zajętą gospodarstwem i studiami, które kończę na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu - wyznaje.
Jest studentem ostatniego roku inżynierii rolniczej, zwanej dawniej mechanizacją rolniczą.
Wyższe studia kontynuuje także młodsza o trzy lata siostra, która pracuje i jednocześnie studiuje finanse i rachunkowość oraz młodszy o dwa lata brat, który na Politechnice Poznańskiej studiuje mechanizację i budowę maszyn.

 

Złote gody

Z okazji pięćdziesięciolecia pożycia małżeńskiego piętnaście par z gminy Gołańcz otrzymało medale przyznawane przez prezydenta Rzeczpospolitej Polski, Andrzeja Dudę. W imieniu głowy państwa odznaczenia wręczył jubilatom burmistrz Mieczysław Durski. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 49 Z 5 GRUDNIA 2018 R.

Piękno zostaje na całe życie

Już 2 grudnia do Skoków zawita ANNA GRISHINA, była członkini rosyjskiej kadry narodowej, wicemistrzyni Europy, obecnie trenerka i sędzia gimnastyki artystycznej. O jej drodze do sukcesów i współczesności rozmawia z nią Franciszek Szklennik.

Zanim spytam o to, kiedy i jak trafiła Pani do Polski, proszę powiedzieć Czytelnikom, kiedy zaczęła się Pani przygoda z gimnastyką artystyczną?
- Kiedy rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie, miałam wtedy 7 lat, w naszej szkole był nabór dziewczynek na zajęcia z gimnastyki artystycznej. Z powodzeniem przeszłam eliminacje i zostałam przyjęta. Przyniosłam rodzicom notatkę z informacją, gdzie i kiedy trzeba przyjść na zebranie. Nie było wtedy Internetu i telefonów, a o reklamie nikt jeszcze nie słyszał.
Nawet nie pamiętam, z kim byłam na tym zebraniu, z mamą czy z tatą, ale rodzice zapisali mnie do sekcji gimnastyki artystycznej. Tak zaczęłam swoją wielką podróż po świecie sportu.
Pochodzi Pani z kraju, w którym gimnastyka ma wieloletnią tradycję i sukcesy. Z czego Pani rezygnowała jako dziecko, żeby osiągnąć wysoki poziom sportowy?
- To prawda, Rosja jest krajem, gdzie gimnastyka ma wieloletnią tradycję i sukcesy. Powiem więcej, to kraj, w którym powstał ten piękny sport. Ja miałam to szczęście, że jako dziecko nie musiałam rezygnować z niczego. Nie było Internetu, gadżetów, telewizja dopiero wchodziła w życie. Były dwa kanały telewizyjne, w jednym z nich były bajki o 20.45 na dobranoc. Miałam lekcje w szkole do 14 i czas na obiad, potem sama jeździłam na trening. Rodzice mnie tylko odbierali po treningu. Na początku miałam czas na wszystko: spacery z koleżankami, wyjazdy z rodziną, narty zimą, rower latem. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 48 Z 28 LISTOPADA 2018 R.

Listopadowe jubileusze

O wieku seniorów mówi się, że to „jesień życia”, ale dla członków Klubu Seniora „Cystersi” z Łekna to jesień przepełniona wiosną i latem, chęcią życia i przeżycia jeszcze wielu radości i sukcesów.

W takim duchu, w sobotę 17 listopada w miejscowej sali widowiskowej odbyła się uroczystość jubileuszowa, na której świętowano w sposób podniosły jubileusz pożycia małżeńskiego państwa: Marii i Mariana Sengerów (55-lecie) oraz urodziny seniorów: Janusza Koteckiego (85 lat), Mariana Sengera (80 lat), Czesławy Lewandowskiej (75 lat) Teresy Maćkowskiej (70 lat), Teresy Sakłak (70 lat), Tadeusza Sakłaka (70 lat), Franciszka Szmani (70 lat). Gospodarzem spotkania była Urszula Pawlak, prezes klubu „Cystersi”. Do Łekna przybyli m.in: Tomasz Kranc, starosta wągrowiecki, Paulina Meller-Biegańska - kierownik GOPS-u, która reprezentowała wójta gminy Przemysława Majchrzaka, Krystyna Urbańska, radna powiatu, Piotr Zawadzki, radny gminy, Małgorzata Wiśniewska, sołtys Łekna. Tradycją jest już to, że na uroczystości „Cystersów” przyjeżdżają delegacje zaprzyjaźnionych klubów i kół z: Damasławka, Rogowa, Mieściska, Janowca Wlkp., Niemczyna oraz wszyscy członkowie miejscowego klubu seniora. Pani prezes wraz z zarządem złożyła jubilatom serdeczne gratulacje i życzenia, wręczając okolicznościowe listy z życzeniami i kwiaty. Z laudacjami pospieszyli zaproszeni goście. Starosta Tomasz Kranc w ciepłych słowach przekazał jubilatom życzenia zdrowia, satysfakcji z osiągniętych celów oraz niesłabnącej chęci do dalszego, aktywnego życia. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 47 Z 21 LISTOPADA 2018 R.

Świat złomu i klamoctwa

ALEKSANDRA BŁASZKOWSKIEGO większość kojarzy z mechaniką pojazdową i zabytkowymi pojazdami. Ma on jednak w swoim życiu inne karty, które zaciekawiają...

Pochodzi z Łazisk, gdzie od trzech pokoleń tkwi jego rodzina. Jego dziadek Józef Błaszkowski prowadził gospodarstwo ogrodnicze, które potem przekazał swojemu synowi Eugeniuszowi - ojcu Aleksandra. Dziadek wywędrował do Gdańska, bo - jak sam twierdził - tam interes ogrodniczy lepiej kwitł.

EWA
Aleksandra raczej do ogrodnictwa nie ciągnęło. W jego głowie kiełkowała myśl, żeby zostać mechanikiem. Ale zanim to nastąpiło, postanowił zostać właścicielem... dyskoteki i to w Gościejewie w gminie Rogoźno.
- Chciałem mieć dyskotekę, żeby pewna niewiasta jeździła z całą swoją ekipą tam, gdzie ja chciałem, a nie tam, gdzie ona chciała - mówi ze śmiechem Olek. - Ostatecznie ekipa zrobiła wszystko, żeby jeździła do mnie - dodaje.
A żeby plan się udał, to nawet wynajął autobus.
Pewnego razu spotkał mieszkanki okolicznej miejscowości, które chciały u niego wynająć salę na jakąś uroczystość. Jedna z nich przyszła później wraz z koleżanką, żeby omówić szczegóły całej sprawy. Ta koleżanka, to właśnie Ewa, późniejsza żona Aleksandra.
- Jak ja zobaczyłem, to od razu mi się spodobała i wydawała mi się taka poukładana i w dodatku nie była małolatą, których pełno było wokół mnie - zwierza się Olek, który w momencie poznania Ewy miał 21 lat.
Ona miała wówczas 19 lat.
- Odwiozłem Ewę do domu i powiedziałem jej, żeby sama do mnie nie przyjeżdżała, bo ja po nią przyjadę i to w dodatku... autobusem. Oczywiście wynajętym - wyjaśnia. - Jak mój przyszły teść zobaczył, że faktycznie przyjechałem po jego córkę autobusem, to powiedział, że za tydzień to chyba przylecę helikopterem.
Daleko nie miał, bo Ewa mieszkała w Kaziopolu, gdzie jej rodzice prowadzili gospodarstwo rolne.
- Dyskoteka splajtowała, a jedynym zyskiem, jaki mi się ostał, była wspaniała żona - mówi z błyskiem w oku mój rozmówca.
Po trzech latach znajomości pobrali się, po dwóch latach małżeństwa urodziła się najstarsza córka Ola. Ola ma teraz 16 lat i jest uczennicą Technikum Ekonomicznego w Wągrowcu, przy ul. Kcyńskiej. Ewa po ślubie jakiś czas pracowała w Rogoźnie, zanim osiedli na ojcowiźnie w Łaziskach. Na świat przychodziły kolejne dzieci: Mateusz, który ma teraz 13 lat, Marysia (11 lat) i najmłodsza, siedmioletnia obecnie Zosia, która gdyby mogła, to nie odstępowałaby taty na krok. Podczas naszej rozmowy wykorzystywała każdą nadarzającą się okazję do tulenia się do taty. Olek potwierdza zresztą, że córeczka jest fanką motoryzacji. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 46 Z 14 LISTOPADA 2018 R.

Modliszki są jak pokemony

Mówi się, że nazwę zawdzięczają swojej modlitewnej postawie. Jednak to, że przyjmują taką pozę, nie świadczy o tym, że są religijne i pokojowo nastawione – czasami bywa wręcz odwrotnie. Doskonale wie o tym BARTEK WÓJCIK z Durowa.

 

 

Pierwszy kontakt z modliszkami Bartek miał osiem lat temu podczas wakacji w Chorwacji. W pokoju, w którym mieszkał z rodziną, pojawił się ten ciekawy owad. Stworzenie zaciekawiło chłopca na tyle, że zabrał je ze sobą do Polski, ale ich znajomość nie trwała długo, bowiem modliszkę po krótkim czasie skonsumował kot Bartka.

 

JAK Z DZIEĆMI
Ponownie chłopak zainteresował się tymi owadami po kilku latach, kiedy zobaczył film dokumentalny o modliszkach storczykowych, upodobniających się do kwiatów. Zaczął zbierać informacje o tym, czy można je hodować w domu oraz w jaki sposób można je zakupić?

- Pierwsze modliszki kupiłem na Allegro w 2015 roku – wspomina Bartek. - Na zdjęciach z aukcji były zdjęcia dorosłych osobników o długości 10 cm. Zbyt mało wtedy o nich wiedziałem. Nabyłem dziewięć sztuk, a największa miała może 1,5 cm. Dopiero potem dowiedziałem się, że sprzedaje się je w różnych stadiach rozwojowych.

Od razu pojawił się inny problem: okazało się, że tak młode osobniki żywią się muszkami owocówkami, których Bartek nie miał. Zatem musiał zdobywać pokarm dla swoich pupili.
- To było codzienne polowanie, bieganie z foliową torebką po ogrodzie, rozcinanie owoców i łapanie muszek, kiedy siadały na owocach – śmieje się chłopak.

Przez pierwsze tygodnie modliszki w hodowli Bartka były, można powiedzieć, na restrykcyjnej diecie. Ogólnie owady te mogą długo wytrzymać bez pożywienia, ale należy uważać, bo są też pokarmy, których nie można im serwować. Grozi to tzw. czopowaniem, czyli zapychaniem się przewodu pokarmowego i śmiercią. Dziś Bartek na tyle się wyszkolił, że bez problemu potrafi samodzielnie wyhodować wystarczającą ilość muszek. (...)

 

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 46 Z 14 LISTOPADA 2018 R.

Nani ke ola

Życie jest piękne bez względu na wiek. Wystarczy tylko znaleźć się we właściwym czasie, na właściwym miejscu w poszukiwaniu radości życia.

 

Tak właśnie zadziało się w Wągrowieckim Uniwersytecie Trzeciego Wieku, kiedy jego słuchaczką została Longina Gołuńska. Jak się okazało, jej pasją jest taniec hawajski i posiada uprawnienia do nauki tego tańca. Zdobyła je w warszawskim studio MOC ALOHA (siła miłości) pod okiem Małgorzaty Szokalskiej, która ma bezpośredni kontakt ze szkołą tańca na Hawajach, skąd przywozi oryginalną choreografię i muzykę do tańców.
I tak powstała sekcja tańca hula, a zespół pod nazwą NANI KE OLA (życie jest piękne) działa pięć lat. To lata ciężkiej pracy nie tylko choreograficznej, ale również zmiany podejścia psychologicznego jak i zgromadzenia odpowiednich strojów szytych na miarę. Dziś są gotowi do zaprezentowania się publiczności jako dojrzały i profesjonalny zespól taneczny.

OD KOŁOBRZEGU DO WIEDNIA
W ubiegłym rok grupa uczestniczyła w przeglądzie na Słowacji, w tym roku, we wrześniu pięknie zaprezentowała się w Kołobrzegu na Ogólnopolskich Senioraliach Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Już pod koniec stycznia 2018r. Longina Gołuńska zgłosiła udział uniwersyteckiego zespołu w festiwalu tańca hawajskiego we Wiedniu, który odbył się pod koniec października.
- Od lutego rozpoczęła się bardzo ciężka praca. Próby trwały prawie dziewięć miesięcy nie wyłączając wakacji, każdy ruch, każdy gest i spojrzenie trzeba było opanować do perfekcji. To wymagało sił i środków finansowych od każdego uczestnika wyjazdu. Wszystkie te starania zaowocowały pięknymi występami, wysokimi ocenami jurorów, którzy przyjechali z Hawajów, żeby profesjonalnie ocenić umiejętności europejskich tancerek i tancerzy hula – mówi Longina Gołuńska.
Zespół w składzie: Barbara Drobik, Elzbieta Jurga, Barbara Kucharska, Marian,Messyasz Barbara Wiśniewska i Małgorzata Wyrt – taniec, Longina Gołuńsa – instruktor oraz Jan Kozdęba odpowiedzialny za sprawy organizacyjne i techniczne, zaprezentował kilka tańców, a Małgorzta Wyrt i Marian Messyasz wystąpili jako soliści.
- Zdobyte 3 puchary: II miejsce zespół, II miejsce solistka kol. Wyrt, III miejsce solista kol. Messyasz to dla nas ogromny sukces. Jestem dumna z każdego występu, a piękne jest to, że Wiedeń usłyszał o Wągrowcu, mieście, w którym seniorzy mają stworzone możliwości realizowania swoich marzeń i nie obawiają się sięgnąć po te marzenia – podsumowuje instruktor zespołu.
Radość zespołu jest ogromna, wszyscy poczuli się docenieni. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 45 Z 7 LISTOPADA 2018 R.

Granice sztuki nie istnieją

Pochodzącego z Damasławka JANA NOWAKA łatwiej spotkać w świecie niż w rodzinnym domu. O podróżach z językiem francuskim i teatrze rozmawia z nim Franciszek Szklennik.

To gdzie jeszcze nie byłeś?
- (śmiech) Ostatni okres to bardzo intensywna podróż przez świat! Nasze działania zyskują coraz większe uznanie i wyrastamy trochę na takich wizjonerów nauczania języka francuskiego poprzez teatr, a jednocześnie promocji współczesnej dramaturgii francuskojęzycznej wśród polskiej i światowej młodzieży. Od początku roku szkolnego odwiedziliśmy: Grecję, Senegal, Macedonię, Kosowo, Węgry, Armenię, Czechy, Bułgarię, Austrię, Rumunię... A to dopiero dwa miesiące! W najbliższych miesiącach czeka nas: Kanada, Tunezja, Gujana Francuska, Wybrzeże Kości Słoniowej...
Inni też wędrują?
- Podróże to wspaniała okazja do twórczych spotkań. Spotkałem podczas nich chociażby Françoise Nyssena, ministra kultury Francji, czy też prezydenta Instytutu Francuskiego w Paryżu i byłego ambasadora Francji w Polsce, Pierre Buhler, z którym mamy wspólne projekty rozwoju nauczania języka francuskiego poprzez teatr na całym świecie.
Ambasadorowie...
- Na początku października reprezentowaliśmy Polskę na Międzynarodowym Szczycie Frankofonii, czyli spotkaniu głów 54 krajów, które przynależą do organizacji, jaką jest Frankofonia, czyli taka Unia Europejska, ale ogólnoświatowa i skupiona wokół języka francuskiego. Polska również przynależy do tej organizacji. Na razie jedynie jako tak zwany „obserwator”, czyli członek na niepełnych prawach, ale to tylko krok od tego, by zostać członkiem pełnoprawnym. Szczyt był miejscem, gdzie promowaliśmy naszą inicjatywę, która wszędzie spotyka się z wyrazami zachwytu i entuzjazmu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 44 Z 31 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Gość od kryminałów

Jeden z najpopularniejszych autorów kryminałów w Polsce, MAREK KRAJEWSKI, odwiedził Wągrowiec.

Spotkanie z pisarzem odbyło się w Miejskiej Bibliotece Publicznej, gdzie zebrało się liczne grono sympatyków autora takich powieści jak „Widma w mieście Breslau”, „Głowa Minotaura” czy „Mock. Pojedynek”. Krajewski chętnie i potoczyście opowiadał o swojej pisarskiej przygodzie, która z czasem przerodziła się w pełnoetatowa, pracę. A wszystko zaczęło się niewinnie...
- Na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałem w bibliotece Ossolineum, w dziale starych druków. Pewnego dnia siedziałem w magazynie, zrobiłem wszystko, co szef kazał i nudziłem się. Nie miałem co robić i wtedy wpadłem na pomysł, by napisać powieść o Wrocławiu, moim rodzinnym, ukochany mieście – opowiadał pisarz.
Sześć lat później, kiedy Wrocław zalała powódź, wyjechał na prowincję, żeby pracować nad doktoratem. Ale jak się okazało, zapomniał materiałów potrzebnych do pracy. Poszedł zatem do kiosku, kupił zeszyt i długopis, i zaczął pisać „Śmierć w Breslau”- swoją pierwszą powieść. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 43 Z 24 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Zasłużone wyróżnienie

Statuetka dla najwybitniejszego absolwenta szkoły średniej powiatu wągrowieckiego 2018 trafiła do rąk HUBERTA JEZIERSKIEGO.

Wyróżnienie przyznawane jest absolwentom szkół średnich w powiecie od czterech lat przez Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne im. Stanisława Przybyszewskiego. W tym roku trafiło do ucznia znanego z wielu dokonań na lokalnej płaszczyźnie społecznej. Hubert Jezierski odebrał nagrodę podczas obchodów Dnia Edukacji Narodowej w piątek w I Liceum Ogólnokształcącym im. Powstańców Wielkopolskich w Wągrowcu, do którego uczęszczał przez trzy lata.
- Najwybitniejszy absolwent to taki, który potrafi łączyć naukę z pracą na rzecz społeczności lokalnej, szkoły i potrzebujących – mówiła prezes stowarzyszenia, Danuta Chosińska, podczas uroczystości przyznania nagrody. - Najwybitniejszy absolwent to też taki, który inspiruje innych do działania. W końcu taki, który zostawia ślad, a tych śladów w przypadku tegorocznego laureata jest bardzo dużo.
Hubert działa od wielu lat w harcerstwie, prowadzi 14 wągrowiecką drużynę wędrowniczą. W latach 2012-13 był członkiem Młodzieżowej Rady Miejskiej, gdzie zasiadał w Komisji Sportu i Rekreacji. W 2015 roku przystąpił wraz z kolegami do olimpiady Zwolnieni z Teorii, na którą przygotowali projekt, którego celem było przybliżenie mieszkańcom powiatu wągrowieckiego historii lokalnej za pomocą filmów dokumentalnych. Pomysł spotkał się z dużą aprobatą, a chłopcy naleźli się w finale olimpiady.
Dwa lata później założyli stowarzyszenie „Zapomniana Historia”, a Hubert został jego prezesem. We wrześniu ubiegłego roku stowarzyszenie zorganizowało w Parku 600-lecia „Piknik z historią”, imprezę, która przerosła oczekiwania organizatorów, jeśli chodzi o frekwencję. W tym roku kolejna odsłona pikniku odbyła się w amfiteatrze miejskim. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 42 Z 17 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Fenomen przyjaznego milicjanta

Wągrowiecki człowiek - orkiestra, znany z wielu zainteresowań i pasji, SEBASTIAN CHOSIŃSKI napisał książkę, która niedługo będzie potrzebowała dodruku. Rozmawiał z nim Filip Żbikowski.

Napisałeś książkę o popularnym w czasach PRL-u komiksie o dzielnym oficerze, kapitanie Żbiku. Skąd pomysł?
- Nie było pomysłu na książkę, był natomiast pomysł na cykl artykułów, które powstawały przez mniej więcej półtora roku. Zająłem się w nich – z punktu widzenia wielbiciela komiksów i historyka – wszystkimi oryginalnymi „Żbikami”, jakie ukazały się w latach 60., 70. i 80. ubiegłego wieku, by później – trochę z rozbiegu – wziąć jeszcze na warsztat wszystkie opowieści okołożbikowe, powstające w ostatnich dwóch dekadach, ale nawiązujące do kultowego bohatera z czasów PRL.
Kto wydał „Teczkę personalną. O komiksie „Kapitan Żbik”?
- Człowiek, który uznał, że 2018 rok to najlepszy moment na publikację książki o dzielnym kapitanie (jakoś wszyscy pomijają fakt, że pod koniec serii został on awansowany do stopnia majora), ponieważ właśnie wtedy przypada pięćdziesiąta rocznica publikacji pierwszego zeszytu ze Żbikiem w roli głównej. Wcześniej był wprawdzie jeszcze komiks prasowy, ale tam akurat bohater, choć był to oczywiście późniejszy Żbik, nie posiadał nazwiska. Tym człowiekiem był Bartosz Kurc, właściciel Wydawnictwa Kurc, które specjalizuje się w dostarczaniu czytelnikom opowieści rysunkowych i publicystyki komiksowej. Postanowił wyłożyć na ten cel prywatne pieniądze, co oznacza, że widział w moich tekstach wartość. Poza tym wcześniej konsultował swój pomysł z innymi specjalistami w tej dziedzinie, którzy uznali, że to dobry koncept. Że potrzebna jest druga książka o Żbiku, bo poprzednia pozycja, autorstwa Mateusza Szlachtycza i Maksa Suskiego, nie wyczerpuje tematu. I chyba nie żałuje decyzji, ponieważ, jak ostatnio poinformował, „Teczka personalna” sprzedaje się na tyle dobrze, że w najbliższym czasie potrzebny będzie dodruk.
Wielu ludzi podchodzi do tych zeszytów z sentymentem związanym z czasem młodości (moim ulubionym był odcinek „Wyzwanie dla silniejszego”, gdzie Żbik uczył szkolną młodzież judo, by poradzili sobie z gitowcami). Jak Ty się zapatrujesz na tę sprawę, w końcu był to komiks – jak by nie patrzeć - propagandowy?
- Mając lat sześć, siedem, uczyłem się czytać właśnie na komiksach. Na „Żbikach”, „Kapitanie Klossie”, „Podziemnym froncie”, „Tytusie”, „Kajku i Kokoszu” oraz „Relaksach”. To istotna część składowa mojego dzieciństwa i młodości, która zakorzeniła się w mojej świadomości tak bardzo, że do dzisiaj kolekcjonuję albumy i czytam je namiętnie. Nie zawsze nadążam, bo teraz w ciągu miesiąca ukazuje się ich więcej niż w czasach Polski Ludowej przez kilka lat. „Żbik” – co do tego nie można mieć wątpliwości – był ważnym elementem propagandy komunistycznej, miał ocieplać wizerunek Milicji Obywatelskiej, co z czasem – zwłaszcza po 1976 roku – było coraz trudniejsze. To nie przypadek, że ostatnie zeszyty serii ukazały się w 1982 roku (choć były gotowe do druku już kilka lat wcześniej), resort bezpieczeństwa uznał wtedy, że po wprowadzeniu stanu wojennego już nic pomoże MO i skasował „Żbika”. Czytając go wtedy, nie miałem oczywiście świadomości, czemu tak naprawdę ten cykl służył. Po prostu świetnie się bawiłem, poznając kolejne historie kryminalne i przygody, jakie przeżywali moi rówieśnicy obecni na kartach komiksu. Refleksja głębszej natury politycznej przyszła w stanie wojennym. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 42 Z 17 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

 

Ach, co to był za ślub....

Anna Zygmunt i Karol Pauszek sakramentalne „tak” powiedzieli sobie w sobotę, 6 października, w kościele pw. św Józefa w Kozielsku. Parę od lat łączy wspólna pasja, jaką jest prowadzenie firmy transportowej Karbus. Obecnie flota autokarowa młodych, to kilkanaście autobusów. Firma jest sponsorem i darczyńcą w wielu charytatywnych akcjach na terenie naszego powiatu. Nowożeńcom gratulujemy i życzymy szerokiej wspólnej drogi! (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 41 Z 10 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Stare, dobre czasy nigdy nie wracają, ale...

Mija pięćdziesiąt lat, kiedy to we wrześniu 1968 roku przekroczyłem progi Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Wągrowcu, aby rozpocząć naukę zawodu. Lata nauki szybko minęły i rozpoczęło się dorosłe życie. Praca, rodzina, dzieci i dalsze kształcenie...

Czas nieubłaganie płynął do przodu. Szybko minęły lata 70 i 80.
W 90 latach XX wieku zarządzałem Miejskim Przedsiębiorstwem Energetyki Cieplnej w Wągrowcu. Codziennie, kiedy przejeżdżałem z biura na kotłownie przy ul. Rgielskiej, mijałem budynki szkoły zawodowej, których widok przywoływał niejednokrotnie wspomnienia z tamtych szkolnych dni. Pomyślałem wówczas, że to były stare, dobre czasy, które nigdy nie wrócą, ale zrodził się wówczas pomysł spotkania, zjazdu koleżeńskiego po latach. W czerwcu 1994 roku wspólnie z koleżanką z lat szkolnych, Barbarą, zorganizowaliśmy pierwsze takie spotkanie. W spotkaniu uczestniczyli koledzy i koleżanki z dwóch klas: mechaników i tokarzy oraz zaproszeni nauczyciele: mgr Mirosława Szymkowiak i Mikołaj Syryśko. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 40 Z 3 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem