środa, 20 marca
10:09

Samorząd w oczach szachisty

Kontynuujemy cykl rozmów z samorządowcami. Tym razem rozmawiamy z wicestarostą MICHAŁEM PIECHOCKIM, który na urzędniczym stołku zasiada od zarania powiatowego samorządu.

Wicestarosta to zawód i sposób na zarabianie niezłych pieniędzy, czy też społeczna misja?
- To nie zawód, ale pełnienie tej funkcji pozwala na dobre zarobki, jak na nasz powiat. W porównaniu do innych zawodów pensja ta stopniowo traci na znaczeniu. Jeżeli się jednak weźmie pod uwagę ponoszoną odpowiedzialność, złożoność spraw, którymi trzeba się zajmować oraz nieograniczony czas pracy, to już zaczyna być misją. Po latach uważam, że bez uznania pełnienia tej funkcji także za misję nie można dobrze jej realizować.
Jak godzisz jedno z drugim?
- To mój dobrowolny wybór. Jeżeli podjąłem się takich obowiązków, to chcę je wykonać jak najlepiej. Jak godzę, najlepiej spytać moją żonę. Czasu na wspólne chwile jest bardzo mało, a wnuczka też już tęskni za dziadkiem...
W historii samorządu powiatowego jesteś najdłużej pracującym etatowo samorządowcem...
- Aż trudno mi uwierzyć, że tak jest. Jestem od samego powstania powiatów, czyli od 1999 r. Startowałem sześć razy w wyborach i tylko raz nie zdobyłem zaufania mieszkańców. Ostałem się jednak jako wicestarosta, gdyż zaufali mi radni z SW 2000 i koalicjanci.
To jest zasługą Samorządności Wągrowieckiej 2000 czy Twojej samorządowej charyzmy?
- Wybory do samorządu powiatowego są większościowe i należy mieć odpowiednią grupę osób, która będzie startowała w wyborach. Samotnie niewiele można osiągnąć. Miałem szczęście, że mieliśmy bardzo dobrych kandydatów na radnych, którzy zdobyli odpowiednią liczbę mandatów.
Jestem też jednym z założycieli naszego stowarzyszenia i wiele się udzielałem. Starałem się pracować konstruktywnie i może też wypracowałem trochę charyzmy. Poparcie znajdowałem też wśród naszych koalicjantów.
Jednak nie przyspawało Ciebie do stołka władzy, wszak stanowiska zmieniały się?
- Najpierw byłem osiem lat wicestarostą, potem tyle samo lat starostą, a teraz piąty rok znowu jestem wicestarostą. Mówiąc szachowo, to tylko krótkie roszady. Nigdy jednak nie traktowałem stołka jako celu do osiągnięcia. Tak naprawdę z tych dwóch wolę stołek wicestarosty. Jest tu więcej możliwości spokojnej, merytorycznej pracy.
Zawsze spadałeś na równe nogi?
- Miałem poparcie radnych z SW 2000, którzy mi zaufali i proponowali na te funkcje. Może też to był zbieg okoliczności, że w naszym gronie nie było rywalizacji. Nie zauważyłem, aby kogoś taka funkcja interesowała.
Które swoje kadencje uważasz za najbardziej efektywne politycznie?
- Oczywiście dwie pierwsze kadencje w latach 1999-2006. Tworzyliśmy wówczas powiat od początku. W starostwie na 70. pracowników mieliśmy trzy komputery, samochód marki Polonez i żadnej komórki. Internet dopiero raczkował. Dominowały ręczne maszyny do pisania, a kserokopiarki były rarytasem. Reforma zdrowia premiera Buzka wchodziła z opóźnieniem.
Efekty jednak były bardzo widoczne i każdy krok był widoczny. W latach 90-tych po dziesięciu latach zastoju z  remontami dróg, rozpoczęliśmy systematyczne ich naprawy. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 12 Z 20 MARCA 2019 R.

Leczą i liczą kasę

Zarobki lekarzy w wągrowieckim szpitalu wzrosły ogółem o około milion złotych. Czy właśnie w tym tkwi fatalna sytuacja placówki, która zmaga się z coraz większym zadłużeniem?

Wczoraj odbyło się posiedzenie Rady Społecznej przy Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Wągrowcu, która zapoznała się ze sprawozdaniem finansowym za 2018 rok. Biegły rewident omówił dokument i mimo, że od wielu lat szpital jest w bardzo złej kondycji, opinia nie była jednak druzgocząca.
- Moim zdaniem rozpoczęte przez organ założycielski inwestycje znacznej wartości w Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Wągrowcu, pomimo funduszu ujemnego, nie wskazują na zagrożenie kontynuacji działalności szpitala – powiedziała biegły rewident, Halina Dąbrowska.
W związku z tym, zdaniem rewidenta, kontynuacja działalności nie jest zagrożona, mimo fatalnego bilansu. Jeśli chodzi o wynik finansowy, to w ubiegłym roku zanotowano pogorszenie w stosunku do roku 2017 o 858 482 zł i zadłużenie szpitala wynosi obecnie 2 942 584 zł. Ma ono źródło przede wszystkim na obszarze tzw. usług obcych (ok. 1 mln 600 tyś., w tym 988 tys. – kontrakty lekarskie i 892 tysiące – wynagrodzenia czyli ogółem 2 mln 500 tys. złotych). Rewident podpowiedział: - Należy oszczędzać na czym się da, bo sytuacja jest bardzo ciężka. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 12 Z 20 MARCA 2019 R.

Tu chcemy pozostać

NATALIA i WALENTIN KALENCHUKOWIE wybrali Polskę za miejsce swojego życia i nie myślą wybierać się dalej.

Walentin ma 33 lata i pochodzi ze wsi Ispas w obwodzie iwano-frankiwskim. Do Lwowa ma jakieś 170 km. Przez sześć lat pracował w miejscowej rzeźni. Swoja żonę Natalię upatrzył 60 km od swojej wsi. Ślub wzięli dwanaście lat temu. Mają dwie córeczki: Darię, która w tym roku skończy 6 lat i Karolinę, która ma 9 lat. Dziewczynki urodziły się na Ukrainie, a pierwsza do Polski przyjechała młodsza Daria. Ktoś z rodziny Natalii znalazł pracę w Wągrowcu, w Polinova-Polska. Kalenchukowie też spróbowali swoich sił.
- Trzeba było szukać pracy w Polsce, bo u nas trudno było i jest utrzymać rodzinę - mówi Walentin. - Kiedyś trzeba było jeszcze starać się wizę, teraz sprawa jest prosta.
Po ślubie on tylko pracował, a budżet domowy ratowali tym, co wyhodowali na swojej działce. Inaczej nie starczałoby pensji na nic więcej niż podstawowe zakupy.
Oboje zatrudnili się też w wągrowieckiej fabryce w 2016 roku. Natalia pracowała jako szwaczka, jej mąż jako tapicer i pracownik stolarni.
Po jakimś czasie Walentin zaczął się rozglądać za nową pracą. Od znajomych dowiedział się, że pracowników do gospodarstwa rolnego w Potulicach poszukują Drzazgowscy, którzy przejęli ziemię po byłym państwowym gospodarstwie rolnym. Od słowa do słowa i Walentin został ich pracownikiem. Pracuje obecnie przy produkcji pasz dla bydła. Kiedyś w czasach PGR-ów pracowała tu setka ludzi. Teraz wystarcza kilkanaście osób.
- Dobrze mi się tu pracuje i praca mi odpowiada. Zarabiam też lepiej niż w fabryce mebli - wyjaśnia mężczyzna. - Natalia teraz nie pracuje, bo zajmuje się prowadzeniem domu i wychowywaniem dziewczynek. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 12 Z 20 MARCA 2019 R.

Czy potrzebna jest Straż Miejska?

Odżywa idea reaktywacji Straży Miejskiej, którą w 2016 roku zlikwidował poprzednik JAROSŁAWA BERENDTA.

Uchwałę o rozwiązaniu Straży Miejskiej podjęła Rada Miejska na wniosek burmistrza Krzysztofa Poszwy. To był jeden z elementów jego programu wyborczego, a  jednocześnie punkt honoru, którym chciał udowodnić, że tego rodzaju formacja powołana przez Stanisława Wilczyńskiego nie ma racji bytu. Powoływał się też na krytyczną opinię mieszkańców o jej funkcjonowaniu, nie podejmując próby wprowadzenia zmian w jej celach i zadaniach. Likwidacja może miała przynieść włodarzowi poklask opinii publicznej, lecz z biegiem lat przełożyła się na odwrotny skutek.

ZŁA ORGANIZACJA
- Mieszkańcy naszego miasta wielokrotnie zwracali mi uwagę, że nie czują obecności strażników miejskich na ulicach. Dalsze utrzymywanie tej służby mijało się też z racjami ekonomicznymi - powiedział K. Poszwa dla Onet.pl.
Niewątpliwie Straż Miejska wówczas była źle zorganizowana, w głównej mierze zajmowała się monitoringiem miasta i niekoniecznie sensownymi patrolami ulic. Strażnicy nie potrafili wyegzekwować od mieszkańców przestrzegania porządku i ładu publicznego, w tym również mieli kłopoty z nakładaniem mandatów. Dlatego formacja ta nie przynosiła do kasy miasta dochodów, które w znacznej części równoważyłby ponoszone wydatki na jej utrzymanie. Miasto rocznie ponosiło koszt 560 tys. zł, co wcale nie jest kwotą zwalającą z nóg. Jak każda inna służba Straż Miejska wymagała dotowania, więc nie można było od niej oczekiwać wypracowywania znacznych dochodów do budżetu miasta.
W formacji tej zatrudnionych było dziewięć osób, w tym pięciu strażników z komendantem włącznie. Czterech ludzi obserwowało monitory, ale i tak interweniować mogła tylko policja. Służbowe auto kłuło w oczy mieszkańców, którzy informowali media o nieprawidłowościach jego wykorzystania. Kuriozum stanowiło rozwożenie i  doręczanie przez strażników wezwań podatkowych i innych służbowych pism, które kierowane były z ratusza do wągrowczan. W opinii burmistrza Poszwy Straż Miejska dublowała policję, a nawet straż pożarną i nie miała większego wpływu na poprawę bezpieczeństwa w mieście. Te argumenty przemawiały do ludzi i utwierdzały burmistrza w słuszności podjętej decyzji o likwidacji straży (sic!). (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 12 Z 20 MARCA 2019 R.

Ich recepta na udane życie

Sześć par małżeńskich obchodziło w 2018 roku 50.lecie zawarcia związku małżeńskiego.

Poznawali się w rodzinnych miejscowościach, na popularnych wtedy grymkach. Bywało, że ich pierwsze spojrzenia skrzyżowały się w miejscu wspólnej pracy. Mają już bardzo dorosłe dzieci, wnuczęta i prawnuczęta. Teraz spędzają czas na domowych obowiązkach, pomagają dzieciom, opiekują się wnuczętami i prawnuczętami. Bywa, że podróżują, zajmują się działką, działają w organizacjach seniorskich. Obecny na uroczystości w Urzędzie Stanu Cywilnego burmistrz Skoków Tadeusz Kłos wspomniał, że z większością jubilatów spotkał się przed laty w pracy zawodowej i samorządowej.
Zanim burmistrz wręczył jubilatom nadane przez Prezydenta RP Medale za Długoletnie Pożycie Małżeńskie, miłe i ciepłe słowa popłynęły do nich ze strony Joanny Wolickiej - Przywarty, kierownik USC w Skokach. Przypomniała wartości, które przyświecają tak zaszczytnym jubileuszom. Burmistrz z wielkim szacunkiem odniósł się do ich życia i aktywności zawodowej oraz społecznej.
Państwo Maria i Czesław Wójcikowie ze Skoków poznali się w pociągu, którym dojeżdżali do pracy. Pani Maria urodziła cztery córki. Małżonkowie doczekali się już dziewięciorga wnucząt. Najstarszy z wnuków ma już 27 lat, a najmłodsze z nich zaledwie roczek. Zapytani o ich przepis na udane życie odpowiadają zgodnie, że decyduje sztuka wzajemnego docierania się w różnych sytuacjach życiowych.
Z jednej miejscowości pochodzą państwo Teresa i Kazimierz Pietraszewscy. Mieszkają w Pawłowie Skockim. Pani Teresa pracowała jako nauczycielka, a jej małżonek jako specjalista ochrony roślin. Wychowali dwóch synów, są dziadkami dwóch wnuków. Teraz, kiedy są już emerytami, zajmują się ogródkiem, uprawiają nordic walking.
- Nasze 50 lat w małżeństwie spełniło się, bo umiemy ze sobą rozmawiać, jesteśmy wobec siebie szczerzy, wyrozumiali i łączyła nas zawsze wspólna praca - mówią małżonkowie.
Pani Stanisława wybrała sobie za męża Stanisława Ucińskiego z Roszkówka i tu zakotwiczyła na całe życie. Państwo Ucińscy wychowali dwie córki i trzech synów. Jeden z nich przejął po rodzicach gospodarstwo, ale rodzice pomagają synowi - sołtysowi wsi. Doczekali się już pięciorga wnucząt i prawnuka. W wolnych chwilach trochę podróżują, pani Stanisława zajmuje się ogrodem i drobnym inwentarzem. Wyjeżdżają chętnie do wnuczki na działkę.
- Receptą na udane życie jest właśnie życie bez nerwów - mówi pan Stanisław, postawny mężczyzna wyróżniający się wzrostem wśród jubilatów. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 11 Z 13 MARCA 2019 R.

 

Starówka pod obstrzałem...

Wreszcie Stare Miasto i ul. Gnieźnieńska - usytuowane w historycznym układzie urbanistycznym Wągrowca uznanym za zabytek, doczekają się miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.

Poprzednie cztery lata zostały bezpowrotnie stracone. Były burmistrz Krzysztof Poszwa zlekceważył sprawę mpzp, przez co dochodziło do „cudów niewidów” pomiędzy rzekami Wełną i Nielbą.
Pierwszym z nich było wydanie pozwolenia przez Starostę Powiatu na budowę apartamentowca przy ul. Klasztornej 4-6 w oparciu o wydane przez Burmistrza Miasta Wągrowca warunki zabudowy, podparte lakoniczną, aczkolwiek pozytywną opinią Wielkopolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Problem w tym, że konserwator „milcząco” zaaprobował projekt decyzji, i w ten sposób dopuścił do realizacji inwestycji niezgodnie z dotychczasową zabytkową linią zabudowy. Tym samym naruszył historyczny układ urbanistycznego miasta Wągrowca.
Do tej pory miasto nie posiada uchwalonego programu opieki nad zabytkami, jednak jest projekt na lata 2019-2022, lecz czeka na opinię wojewódzkiego konserwatora. Należy spodziewać się, że wnet trafi pod obrady radnych, bo za poprzedniej kadencji samorządowi nie było spieszno do jego uchwalenia. Nie wiadomo dlaczego doszło do zahamowania tego procesu, komu na tym zależało, w imię czyich interesów?
- Program nie jest warunkiem niezbędnym do wydawania decyzji o warunkach zabudowy– tłumaczy miejski urzędnik Piotr Korpowski. - Program miał być uchwalony w grudniu 2018 roku , został jednak wycofany z terminu uchwalenia w tamtym roku w związku z koniecznością przeprowadzenia konsultacji i przesunięty na 2019 rok - dopowiada.
Czytelnicy piszą na magistrackich urzędników, którzy mają duży wpływ na kształt wydawanych decyzji.
- Na pewno w Urzędzie Miejskim należy rozmontować mafijny układ, nie może być tak, że projektant i architekt występują w parze pod rękę i działają na rzecz inwestora. Do tego dochodzi nadzór budowlany, który chroni ten układ mafijny. Nowy burmistrz powinien stanowczo sprzeciwić się tej sytuacji – apeluje jeden z internautów.
Ostre to spostrzeżenie, ile w nim prawdy? Jednak do takiego wniosku można dojść też samemu, skoro w tak istotnej sprawie nic przez cztery lata nie zrobiono, czyli nie przyjęto mpzp i programu ochrony zabytków. Dwa wręcz strategiczne dokumenty zmarginalizowano do... skrawka papieru toaletowego.
- To pachnie korupcją jak nic! – ocenia inny wągrowczanin.
Apartamenty „Tarasy nad Wełną” przy Klasztornej czekają na pierwszych mieszkańców. Obiekt wciśnięty w przestrzeń chronioną fizjograficznie sięga prawie że deptaku nad Wełną. Nikomu jednak to nie przeszkadza?
Apartamentowiec postawiono na skróty, czyli bez mpzp, czy też programu ochrony zabytków. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 11 Z 13 MARCA 2019 R.

Czujemy się szanowane!

Szarmanccy panowie przy wejściu, kwiatki, słodki poczęstunek, wrażenia artystyczne i te przy fotobudce - to wszystko wydarzyło się w niedziele z Zajeździe Bratanki.

Doroczne spotkanie pań z gminy Mieścisko zgromadziło w Zajeździe Bratanki ponad 120 osób. Zaproszenie przyjęły mieszkanki m.in: Popowa Kościelnego, Podlesia Wysokiego, Podlesia Kościelnego, Zbietki, Mieściska, Kłodzina, Żabiczyna, Sarbii, Zakrzewa, Budziejewa i Budziejewka, Miłosławic. Wszystkie przybyłe panie witali w drzwiach: Leszek Bodus, właściciel zajazdu, który wręczał paniom kwiatki oraz druhowie z gminnych jednostek OSP, którzy w galowych mundurach pomagali zdjąć paniom wierzchnie okrycia i pamiętali, jak się je wiesza. Paniom chętnie służyli druhowie z: Mieściska, Kłodzina, Żabiczyna, Gołaszewa i Popowa Kościelnego. Na odbieraniu od pań garderoby się nie kończyło, bo panowie z dużą wprawą podawali kawę i herbatę. Niektóre panie dodawały ze śmiechem, że życzą sobie tego przez cały rok. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 11 Z 13 MARCA 2019 R.

Wyrok zapadł, pytania pozostały

Sąd Rejonowy w Wągrowcu wydał wyrok uniewinniający braci W. od zarzutu nieudzielenia pomocy KAROLOWI GOLI, który utonął w 2015 roku w Jeziorze Stępuchowskim.

Tragiczne zdarzenie miało miejsce w lipcu 2015 roku. Po wielu perturbacjach sprawa trafiła do sądu w 2017 roku. Koledzy Karola Goli - bracia W. - zostali oskarżeni przez Prokuraturę Rejonową w Wągrowcu o nieudzielenie pomocy - wskutek czego doszło do utonięcia chłopaka. Sad Rejonowy w Wągrowcu wydał wyrok uniewinniający uzasadniając wyrok m.in. tym, że oskarżeni w sprawie zrobili wszystko, co było w ich mocy, żeby uratować tonącego oraz zorganizować pomoc. Sędzia wskazała jednocześnie na fakt, iż Karol Gola, będąc pełnoletnim, podjął decyzję o wskoczeniu do wody na własną odpowiedzialność. Okolicznością, która stwarzała niebezpieczeństwo nad wodą, był fakt, iż wszyscy uczestnicy tragicznej wyprawy nad wodę spożywali alkohol. Wprawdzie badania na zawartość alkoholu w organizmie Karoli Goli wykazała śladowe ilości, ale badanie zostało przeprowadzone kilka dni po zdarzeniu. Jeden z braci W. znajdował się w stanie nietrzeźwości i on to właśnie oddalił się z miejsca, w którym tonął Karol. Tłumaczył to faktem, że nie posiadał wystarczających umiejętności pływackich i  ratowniczych. Postanowił wyjść z wody i organizować pomoc tonącemu. Okolicznością niekorzystną dla ratowania tonącego okazał się fakt braku na kąpielisku ratownika, który był zatrudniany na tym stanowisku przez urząd gminy w Damasławku. Feralnego dnia korzystał on z udzielonego mu urlopu.
Sąd nie dopatrzył się znamion czynu umyślnego, polegającego na doprowadzeniu przez braci W. do celowego wepchnięcia Karola Goli do wody. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 11 Z 13 MARCA 2019 R.

Dwóch na jedno miejsce z jednej wsi

Dwójka kandydatów weźmie udział w wyborach uzupełniających do Rady Gminy Damasławek, które odbędą się 24 marca br.

Ubiegać się będą o mandat radnego w okręgu nr 15 po rezygnacji Jana Mazurkiewicza. Grzegorz Michalski, zamieszkały w Turzy, stratuje z własnego Komitetu Wyborczego Wyborców Grzegorza Michalskiego. Ukończył Zespół Szkół Rolniczych w Gołańczy oraz rolnictwo na Akademii Techniczno- Rolniczej w Bydgoszczy (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 10 Z 6 MARCA 2019 R.

Małe, wielkie historie

Mama trójki maluchów, rolniczka z zamiłowania, pasjonatka historii, którą stara się zainteresować swoje dzieci, zwiedzając z nimi różne ciekawe miejsca i oglądając lokalne wystawy. KINGA BINIEWSKA podjęła się trudnego zadania zarchiwizowania historii Smuszewa, wsi w gminie Damasławek.

Czym są dla was wspomnienia? Ile było ludzi, o których już się nie pamięta?
- Ostatnio wracam myślami do dzieciństwa – przyznaje Kinga Biniewska, mieszkanka Smuszewa. - Do pani Basi, która czekała przy drodze, kiedy pojadę swoim małym rowerkiem, tylko po to, by wręczyć mi wiaderko truskawek. W sercu zostały opowieści taty, jak to kiedyś było. Niestety, z czasem wszystko blednie, robi się niewyraźne.
Pomysł na zbieranie historii wsi zrodził się z... braku źródeł wiedzy. Wcześniej, kiedy żył tata pani Kingi, miała możliwość zapytania o wiele rzeczy. I było to takie oczywiste, że on to wszystko wie i pamięta. Po jego śmierci wiele pytań zostało bez odpowiedzi, no i młoda kobieta zaczęła drążyć. Początkowo wyłącznie dla siebie, jednak coraz więcej ludzi zaczęło się angażować, pomagać i ze zwykłej foto-książki, pierwszej wersji wspomnień, zaczyna robić się dość pokaźna księga pamiątkowa. Poszukiwanie materiałów i zdjęć trwa już osiem miesięcy.
- Historię większości rodzin mam już przygotowaną. Pojawiają się jakieś drobne błędy i czasami jeszcze jakaś rodzina chce nanieść poprawki. Dlatego się nie spieszę. Poza opisem rodzin będą również krótkie teksty oraz wiele zdjęć np. przy pracy na roli, czy naszej cudownej młodzieży z lat 30 i 50 ubiegłego wieku. W moich zbiorach jest już około 600 zdjęć – informuje Kinga Biniecka. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 10 Z 6 MARCA 2019 R.

Szalony wieczór szpilek

Najpierw były hawajskie klimaty, później złota aleja gwiazd. W sobotę królowały szpilki.

Tematem przewodnim obchodzonego w Starężynie Dnia Kobiet były właśnie piękne, seksowne, damskie szpilki. „Szalone Szpilki 2019” - taki też tytuł nosiło spotkanie grubo ponad setki pań. Przyjechały z różnych miejscowości gminy Damasławek, z Wągrowca, Nakła nad Notecią, Pobiedzisk, Poznania, a nawet z zagranicy. Imprezę poprowadził jak zawsze niezawodny Przemek Kasperkowiak. Atrakcji wieczoru było co niemiara. Podobnie jak śmiechu do łez. Wylosowano Imprezową Szpilkę, która przypadła Agnieszce Borkowskiej oraz tytuł Seksownej Szpilki, która przypadła Beacie Kilińskiej. Jak co roku wybierane są też miss wieczoru. W tym roku Miss Szalonych Szpilek została Justyna Jankiewicz, I wicemiss – Edyta Wesołowska, II wicemiss - Ewelina Langowska. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 10 Z 6 MARCA 2019 R.

W oczekiwaniu na wyrok

Przed Sądem Rejonowym w Wągrowcu strony w procesie dotyczącym śmierci KAROLA GOLI wygłosiły mowy końcowe.

Podczas rozprawy, która odbyła się 20 stycznia, wysłuchani zostali biegli sądowi z zakresu medycyny sądowej, ratownictwa wodnego i działań płetwonurków. Przypomnijmy, że sprawa dotyczy utonięcia 5 lipca 2015 roku 23 - letniego wtedy Karola Goli, który wraz z braćmi W. wypłynął pontonem na Jezioro Stępuchowskie. Mężczyźni zaczęli skakać z pontonu do wody. Karol Gola zaczął się najwyraźniej topić. Akcja ratunkowa prowadzona przez jednego z braci W. i inne osoby nie przyniosła pozytywnego rezultatu. Ciało Karola wydobyli z wody przybyli z Poznania płetwonurkowie.

OBCIĄŻAJĄCE OKOLICZNOŚCI
W toku prowadzonych czynności wyjaśniających wyszło na jaw, że jeden z uczestników wyprawy był w stanie nietrzeźwości (ok. 1,5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu). Mężczyźni zabrali ze sobą również alkohol na wyprawę. Świadkowie i oskarżeni w tej sprawie bracia W podają różne ilości butelek piwa. Niemniej jednak badania toksykologiczne przeprowadzone w trakcie sekcji zwłok Karola wykazały, że chłopak był trzeźwy. Nie wykryto także u niego obecności innych środków psychoaktywnych. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 09 Z 27 LUTEGO 2019 R.

Damy sobie radę...

Z ANDRZEJEM BANASZYŃSKIM, najstarszym stażem w Polsce samorządowcem gminnym, właśnie o samorządach rozmawia Jerzy Mianowski.

Dlaczego tak szybo zwinąłeś żagle z samorządowego okrętu?
- To szybko po 37 latach służby? Osiągnąłem wiek emerytalny i należy mi się zmiana, aby życie płynęło wolniej i trochę inaczej. Są młodzi następcy.
Statek ten przez 37 lata trzymał kurs, a nie zdarzały mu się zmiany kierunku?
- Te 37 lat to 8 lat w latach 80-tych ubiegłego wieku i 29 lat nowej rzeczywistości. Zmiana diametralna. Zmiana systemu politycznego i do tych warunków trzeba było się przystosować i utrzymać ten statek na kursie rozwoju demokratycznego samorządu. Czasem trzeba było się przeciwstawić, było to trudne, mało popularne, po jakimś czasie okazało się, że ten zwrot był dobrym posunięciem. Czasem wyprzedzaliśmy czas i to było najbardziej kontrowersyjne.
Wilka do lasu ciągnie i zostałeś radnym powiatowym oraz wybrano Ciebie na wiceprzewodniczącego rady powiatu...
- Cieszę się, że mieszkańcy kolejnym razem mi zaufali, bo wiedzą i znają mój potencjał. Nie da się po tylu latach służby dla ludzi od razu usiąść w fotelu, jeszcze przy moim charakterze.
W czym zatem tkwi piękno idei samorządu?
- Służba dla mieszkańców, aby z rokiem na rok i z dnia na dzień było lepiej. Uśmiech i radość na twarzach jest najlepszym podziękowaniem. To, że nie wiemy, co będzie jutro, dodaje adrenaliny i sił twórczych.
Samorząd często robi wrażenie kapryśnej kobiety...
- Na temat budżetu powiem tak: pracowałem z kobietami i nie narzekam. W urzędzie 70% pracowników stanowią kobiety, ale zawsze znaleźliśmy wspólny język. Nie pamiętam jakiś dużych scysji i tak samo rozwiązywałem problemy naszego samorządu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 09 Z 27 LUTEGO 2019 R.

Sekretna Misja Romana Janty-Połczyńskiego

Pod koniec lutego 1919 r. Roman Janta-Połczyński z Żabiczyna delegatury warszawskiej MZS przy poznańskiej radiostacji na Cytadeli. I to właśnie jemu przypadła odpowiedzialność zabezpieczenia i przechowywania szyfru przywiezionego z Paryża przez Ignacego Jana Paderewskiego.

pod Wągrowcem został szefem 

Aby lepiej zrozumieć jak ważna dla sprawy odradzającej się Polski i odzyskującej wolność Wielkopolski była poznańska radiostacja usytuowana w obrębie Cytadeli, musimy przybliżyć nieco jej historię.
Przed końcem I wojny światowej na obszarach odzyskanych znajdowało się kilka takich urządzeń. Jednak tylko poznańska radiostacja dostała się w ręce Polaków w pełni sprawna i jako jedyna miała zasięg obejmujący na zachodzie Paryż, Lyon i Londyn. Znajdowała się ona równocześnie w kompetencji obydwu rządów: warszawskiego i poznańskiego oraz była jedyną w Polsce drogą porozumienia się z  Zachodem.
- Nadawaliśmy w języku polskim i francuskim szczegółowe komunikaty o tym co dzieje się na froncie wielkopolskim, czyli na linii demarkacyjnej ustalonej w rozejmie trewirskim, często przez Niemców naruszanym – pisze w swym pamiętniku Roman Janta-Połczyński, dodając: – Drogą iskrową z Poznania odbywała się korespondencja quasi „dyplomatyczna” Komisariatu z Berlinem, która składała się przeważnie z wzajemnych oskarżeń i protestów. Mnie przypadło zadanie tłumaczenia tych not na język francuski i kierowania na radiostację celem wysyłki. Poza normalną służbą łącznikową z naszymi placówkami na Zachodzie, radiostacja służyła także do informowania prasy zagranicznej o tym co dzieje się w Wielkopolsce i odpowiednio naświetlała postępowanie władz niemieckich, zarówno administracyjnych jak i wojskowych, na terenach zamieszkałych przez Polaków, a okupowanych jeszcze przez Niemców. Było to konieczne ze względu na częste wypadki pogwałcenia rozejmu trewirskiego przez Grenzschutz i w związku z gwałtami popełnianymi przez Niemców na ludności polskiej zamieszkałej na terytorium Rzeszy Niemieckiej.

zacznijmy od początku…
Dnia 11 listopada 1918 r. umilkły armaty po długich latach ciężkich zmagań wojennych, a wiadomość o podpisaniu rozejmu w Compiegne obiegła świat. - Dla Polski wschodziła jutrzenka, na którą czekały daremnie generacje. Szczęśliwi, którym los pozwolił dożyć tej chwili - czytamy w pamiętniku.
W tym czasie bohater naszego artykułu, pamiętnikarz Roman Janta-Połczyński, imiennik swojego ojca, znanego społecznika i patrioty, posła do parlamentu niemieckiego i sekretarza Koła Polskiego w Berlinie, który miał swój majątek w Żabiczynie pod Wągrowcem, z grupką młodych ludzi z zaboru rosyjskiego i pruskiego przebywał w Lozannie. Była tam spora emigracja, działał Instytut Prac Encyklopedycznych o Polsce, gdzie w języku francuskim Roman Janta-Połczyński przygotowywał problematykę gospodarczą zaboru pruskiego. Był też w gronie współpracowników Ajencji Lozańskiej, która wydawała serwisy informacyjne o sytuacji w kraju dla prasy zachodniej. „W Lozannie organizowano także akcje oświatowe, polityczne i charytatywne, mające zmniejszyć nieprawdopodobną ignorancję w sprawie Polski, panującą w Europie” – pisała Henryka Dobosz w artykule „Labirynty pamięci”.
Pobyt w Lozannie w tym czasie pomógł Romanowi także uniknąć służby w armiach zaborców, a dodatkowo w gościnnej Szwajcarii mógł ukończyć rozpoczęte przed wojną studia i przygotować się możliwie starannie do pracy w kraju. Po zdaniu klauzur i ustnych egzaminów otworzył także przewód doktorski. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 09 Z 27 LUTEGO 2019 R.

Zapisał się na niechlubnej liście

Wysoki duchowny pochodzący ze Skoków znalazł się na liście duszpasterzy, którzy kryli podejrzanych o pedofilię księży, załączonej do raportu, jaki trafił na ręce papieża Franciszka.

Raport został przygotowany przez fundację „Nie lękajcie się”, zrzeszającą i wspierającą ofiary księży pedofilów w Polsce. Działa ona od sześciu lat i pomaga prawnie oraz psychologicznie pokrzywdzonym przez przedstawicieli stanu duchownego. Dzięki fundacji powstała interaktywna Mapa Kościelnej Pedofilii, na której znaleźć można niemal czterysta ofiar i około stu sprawców przestępstw na tle seksualnym.
W raporcie, który tuż przed szczytem antypedofilskim w Watykanie został przekazany papieżowi Franciszkowi przez JoannąScheuring-Wielgus, Agatą Diduszko-Zyglewską i Marka Lisińskiego, przedstawiono listę 24. biskupów ukrywających lub przenoszących księży, którzy dopuścili się pedofilii. Jest wśród nich nazwisko arcybiskupa Mariana Przykuckiego, pochodzącego ze Skoków. Pojawia się on w kontekście sprawy Andrzeja D., który w latach 90. miał wykorzystać seksualnie co najmniej kilku nastoletnich chłopców w Schronisku im. św. Brata Alberta. Szczecińska kuria, mimo wielu alarmów, pozostała bierna w tej sprawie. Wychowawcy pokrzywdzonych chłopców interweniowali u biskupa Stanisława Stefanka, jednak nic nie wskórali. Jak czytamy w raporcie: „Rozgoryczeni wychowawcy poprosili o pomoc dwóch zakonników. Przyjął ich abp Marian Przykucki.
- Powiedział, że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu - wspomina jeden z zakonników. Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej badać. Odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 roku powierzył mu nadzór nad szkołami katolickimi w Szczecinie”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 09 Z 27 LUTEGO 2019 R.

Unikalny projekt historyczny

W sobotę w Sali Renesansowej poznańskiego ratusza odbyło się uroczyste uruchomienie projektu pn. „Uczestnicy Powstania Wielkopolskiego 1918-1919”.

Dzień nie był przypadkowy, gdyż równe 100 lat temu został podpisany rozejm w Trewirze, który formalnie zakończył Powstanie Wielkopolskie. Dotychczas powstało wiele opracowań, książek, albumów i artykułów na temat powstania i jego uczestników, ale cały czas brakowało kompletnej listy powstańców i - mówiąc szerzej - uczestników, którzy nie tylko zbrojnie wystąpili przeciwko zaborcy, ale również wspierali powstanie finansowo i organizacyjnie.
Inicjatorem takiego projektu było Wielkopolskie Towarzystwo Genealogicznego „Gniazdo”. Tworzenie bazy trwało 3 lata, a pracowało nad nią ponad 40.wolontariuszy. W wyszukiwarce znajduje się ponad 87 tys. nazwisk uczestników i uczestniczek Powstania Wielkopolskiego - nie tylko tych biorących bezpośredni udział w walkach, ale także tych, którzy przyczynili się do ostatecznego zwycięstwa: sanitariuszek, kucharek, lekarzy, działaczy, księży, osób zajmujących się aprowizacją, wspomagających powstanie finansowo i w inny sposób. Do stworzenia bazy wykorzystano 650 źródeł. Projekt nie jest zamknięty. Autorzy liczą na uwagi i uzupełnienie danych osobowych spisanych powstańców, ale też na zgłoszenia nowych, nieujętych w spisie uczestników Powstania Wielkopolskiego. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 08 Z 20 LUTEGO 2019 R.

Podkategorie

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem