|

Obserwuję, jak Wągrowiec płynie niesiony falą niechęci do powiatowego szpitala i jego personelu. Mając co jakiś czas do czynienia z przedstawicielami białego zawodu nie dziwię się ludziom wcale. W końcu jest to praca polegająca na ratowaniu zdrowia i życia, a więc rzeczy najistotniejszych dla nas na tym padole (innego zresztą raczej nie ma). A dużo w niej, niestety, niekompetencji i zimnego wyrachowania. Stanowczo za dużo.
Niedawno kompan z uczelnianej ławy kazał mi zgadywać, jaką kwotę zaproponowano jego bratu (lekarzowi) za trzy dni świątecznego dyżuru w jednym z pomorskich szpitali. Przypuszczam, że nikt nie mający bliskiej styczności z tą branżą nie potrafiłby celnie odpowiedzieć. Za to poświęcenie bowiem zaoferowano mu jedynie skromne 10 000 zł. Niewiarygodne? Ale prawdziwe. Kolega nawet specjalnie sprawdzał temat u innego znajomego doktora. Potwierdzone. Ale o kastowości to poczytać możecie tylko w bedekerach po Indiach, u nas - zjawisko to nie występuje. A jakże. Brak przyjemności w kontaktach ze służbą zdrowia to jednak nie tylko kwestia szwankującej często obsługi czy też - co oczywiste - złego samopoczucia związanego z toczącą nas chorobą. Czasami życie potrafi zbrzydnąć przez współpasażerów tej chorej jazdy. Parę dni temu udałem się do przychodni, by skonsultować problem nękającego mnie ustawicznie przeziębienia. Całym swoim jestestwem nienawidzę poczekalni w tych przybytkach. Siedzą te zakutane we włochate palta prukwy i mielą o tym, jak im źle i jak blisko do grobowej dechy. A jak już skończą pokazywać sobie nawzajem te wszystkie czyraki (i tryskać z nich ropą na zatroskane twarze interlokutorek), to zaczynają obrabiać dupy kolejnym wchodzącym do gabinetu. Zastanawiam się tylko, czy zdają sobie raszple sprawę, że gdy przychodzi ich czas na wpełznięcie do pokoju przyjęć, to reszta do niedawna przyjaznych kum ma używanie właśnie z nich? Następny frustrujący klimat to pytanie: „przepraszam, kto z państwa ostatni?”. Wtedy zaczyna się taniec: „po mnie był taki pan, ale on poszedł i mówił, że za chwilę wróci, więc chyba po mnie”, a ktoś z tłumu: „nie, nie, ja jestem po pani, więc to chyba ja jestem ostatni, ale przede mną ktoś jeszcze jest”. Jak już się człowiekowi uda mniej więcej zorientować gdzie jego miejsce w peletonie, to zaczyna się nieśmiertelne: „wpuści pan, ja tylko po receptę/śpieszę się na autobus/męża samego z dziećmi zostawiłam”. Fajną historię miał pewien osobnik w kolejce do lekarza medycyny pracy. Czeka w kolejce, przychodzi kobieta i pyta „kto ostatni?”, więc odpowiada jej, że on. Przyszła jego kolej, a babina przepycha się przed niego. On pyta: „co pani robi?”, a ona na to: „przecież mówił pan, że jest ostatni”. Mózg mu się zlasował i pytał potem sam siebie: „czy ona myślała, że ja jestem ostatni ever?”
|