|

Kiedyś już wspominałem, że podtatusiali rockmani powinni odchodzić z godnością. Ewentualnie umierając z dobitnym przytupem, na tle fajerwerków alkoholowo-narkotycznych. Na pewno jednak powinni zamknąć japy po czterdziestce, bo okrutne głupoty potrafią opowiadać. Pałę przegiął swego czasu Kazik Staszewski, który straszył dziennikarza „Gazety Wyborczej” sądem za użycie na blogu cytatu z jego piosenki. Biedaczyna zapomniał już jak to sam wrzucił na okładkę jednej ze swoich płyt fragment utworu Jello Biafry, wokalisty legendarnych Dead Kennedys. Kolejnym cymbałem okazał się Kukiz z Piersi, który zwąchał się mocno ze skrajną prawicą i często ją mocno nobilitował w mediach.
Wszystkich jednak przebił Robert Brylewski, legenda polskiego reggae i punk rocka, założyciel tak znanych zespołów jak Kryzys i Izrael. Zagrał on niedawno na wiecu politycznym środowisk prawicowych (wśród organizatorów był np. Adam Gmurczyk, prezes faszyzującego Narodowego Odrodzenia Polski). Po ujawnieniu tego faktu rozpętała się burza, nawet wieloletni kolega Brylewskiego, Krzysztof Grabowski z popularnej warszawskiej formacji Dezerter, oświadczył, że „Brylu” wdepnął w gówno. Tajemnicą poliszynela jest, że Brylewski ma spore kłopoty z nadużywaniem alkoholu i rozmaitych dragów, więc niespecjalnie dziwi jego wpis na Facebooku pełen kwiatków typu: „Mam po swojej stronie trupy bohaterów, więc samotność mnie nie osłabia” czy „za tę politykę, odchody z Solidarności, za te media z obrońcami krzyża, za młodych Polaków ze swastykami, za to, że od paru lat - podzieleni - stoimy nad trupem własnego pacjenta zamiast na świat ruszyć, zmieniać go , bo jest system do wymiany.” Jak napisał mi jeden ze znajomych (fan twórczości Brylewskiego), bardzo prawdopodobne jest, że frontman Kryzysu nawet nie kojarzy w tej chwili, że uczynił coś złego. Inaczej: on może myśleć, że to było coś dobrego, że faktycznie zmienia świat. |