|
 Jako od czasu do czasu etatowy bezrobotny pozwalam sobie dziś napisać kilka słów dotyczących tego właśnie stanu, którego wielu z nas częściej lub rzadziej doświadcza. Jak człowiek straci pracę, zwłaszcza taką, w której trzeba non stop pracować, być na bieżąco, pociesza się myśleniem „teraz sobie trochę odpocznę”.
Oczywiście po pierwszym ataku strachu lub paniki, spowodowanym żelazną miną szefa wręczającego papier ze zwolnieniem. Jeszcze na wypowiedzeniu bierze urlop i niespiesznie zaczyna przeglądać poszczególne gazety w poszukiwaniu pracy. Czasem zagai się kolegę, czy przypadkiem u niego w firmie nie ma wolnego stanowiska, albo zadzwoni do koleżanki mówiąc: - Słuchaj, teraz mam trochę wolnego, możemy wreszcie wypijemy tę wiecznie odkładaną kawę? Gdzieś tak mniej więcej kilka godzin przed odebraniem świadectwa pracy człowiek wpada po raz drugi w panikę. No bo urlop się skończył, a tu pracy ani widu, ani słychu. Po powrocie do domu dzwoni do kolegów i bardziej zdesperowanym głosem pyta, czy nie ma jakiejś pracy. Obdzwania i wysyła maile do firm, których szefów, lub pracowników trochę zna. - Sorry, wiesz jak to jest, jednym słowem kryzys - prawie wszędzie tak mówią od trzech lat. Bierze się za lekturę pogardzanych jak dotąd ogłoszeń w gazetach i Internecie. Kilka dni później stoi już w przestronnym holu urzędu pracy, z wypełnionym wnioskiem o zapisanie na listę bezrobotnych. Jak miał dotąd szczęście pracować gdzieś dłużej - z nadzieją na kilkusetzłotową kuroniówkę, jak nie, to tylko ze względu na ubezpieczenie zdrowotne przysługujące bezrobotnym. Im dłużej taki człowiek jest bez pracy, tym coraz bardziej popada w jedną czy drugą paranoję. Po kilku miesiącach, zaczyna odrzucać te oferty, w których dostaje mniej pieniędzy. Marzy mu się praca na wygodnym krześle za kupę szmalu... W czasach, w których żyjemy obecnie, bezrobocie jest winą całego systemu. Nie ma bowiem rozwiązań, które skutecznie uratowałyby miejsca pracy. Najlepszym byłaby (już nie pamiętam kto pierwszy wpadł na ten pomysł) dobrowolna składka na mniej uprzywilejowane firmy - takie, których kryzys dotyka najbardziej. Pieniądze, solidarnie, dawałyby wielkie molochy finansowe oraz prezesi wszelakich korporacji, którzy po prostu nie są w stanie w żaden sposób „przejeść” comiesięcznych poborów. To jest najprostsze rozwiązanie. Tylko jak to zrobić, skoro chciwość jest ciągle na topie? |
Komentarze