| Ciężkie czasy dla palaczy |
|
| środa, 15 grudnia 2010 16:14 |
![]() Przez wiele lat byłam namiętną palaczką papierosów. Pewnie nie ma się czym chwalić, ale puściłam z dymem niezliczone ilości Klubowych. Odświętnie lub dla szpanu były też Carmeny. Pall Malle oraz Marlboro. Ostatni okres tego wrednego nałogu, to dziennie minimum dwie paczki Extra Mocnych. Po prostu coś potwornego!
Szczęśliwa jestem niesłychanie, że udało mi się zerwać z tym uzależnieniem. Jak widać, jeżeli się naprawdę chce, to się uda! Zainteresowani rzuceniem palenia próbują najróżniejszych sposobów. Jedna z moich koleżanek nie rozstaje się ostatnio z dość dziwnym urządzeniem elektronicznym, odmianą tradycyjnego truciciela, które jest ponoć absolutnie nieszkodliwe dla zdrowia. Czegoż to ludzie nie wymyślą! Patrząc z perspektywy byłego palacza powiedziałabym, że to profanacja palenia tytoniu. Słyszałam jednak, że aktualnie to już nie te fajki, co kiedyś. Mimo, iż oferta marek papierosowych wydaje się bardzo szeroka, to podobno już nie te smaki ani dymki. To właściwie może nie ma już znaczenia, czy pali się papierosa tradycyjnego o unijnych parametrach, czy jakąś atrapę o kryptonimie „E-papieros”? Może warto, aby w takie elektroniczne papierosy zaopatrzyły się zakłady pracy i w ramach BHP przydzielały je palącym pracownikom? Zwłaszcza uczynić mogli by to ci pracodawcy, którym nie uda się wygospodarować zakładowej PALARNI, zgodnie z wymogami obowiązującej od kilku tygodni nowelizacji ustawy, nazywanej potocznie „antynikotynową”. A że nie wszystkim się uda, to oczywiste, ponieważ ustawodawca ustalił dość kosmiczne wymogi dla miejsca o nazwie „palarnia”. Nie wiem, czy zakup elektronicznych cudeniek dla palących nie byłby czasami tańszy od kosztów wygospodarowania specjalnych pomieszczeń i instalacji w nich wymaganych wentylacji? Takie papieroski można by popalać w każdym pomieszczeniu i przy wielu rodzajach pracy. A póki co, tam gdzie nie ma miejsca na ustawowe palarnie, pracodawcy w obawie przed ewentualnymi karami wysyłają ponoć palących na przyzakładowe skwery, nie bacząc na istniejącą sytuację meteorologiczną. Rozumiem niepalących i to, że mają oni prawo oddychać czystym powietrzem, bez dymu tytoniowego. Żal mi jednak palaczy, bo nadszedł dla nich szczególnie trudny czas, z wynikającą z nowej ustawy perspektywą pięćsetzłotowego mandatu za kilka pyknięć w miejscach zakazanych. I niech się nie chwalą, że chociaż we własnym domu mogą się napalić dowoli. Wiadomo przecież, że często wyrzucani są na balkon lub dla świętego spokoju sami tam wychodzą. A co, jeżeli nad nimi mieszkają niepalący? Oby nie mieli takich sąsiadów, jakim okazał się jeden z internautów, który napisał na forum „Mam taki problem. Mieszkam w bloku, pode mną mieszka palacz. Chciałbym pozwać go do Sądu Karnego za usiłowanie morderstwa przez świadome (z premedytacją) zmuszanie mnie do palenia biernego... Premedytacja ze strony winnego wygląda tak: byłem u niego dwukrotnie zawiadamiając o tym, żeby nie palił w mieszkaniu przy otwartych oknach, zlekceważył mnie. Do materiałów dowodowych przygotowałem zdjęcie z moim oknem i jego oknem, z którego wystaje jego głowa trzymająca w ustach tlący się papieros.” I co na to palacze? Może lepiej zabrać się za walkę z nałogiem? Wystarczy powiedzieć sobie, od jutra nie palę! No, to powodzenia! |
































Komentarze