|

Czasami mam wrażenie, że nasze miasto opanował jakiś wyścig działań i inicjatyw kulturalnych. Pewnie to i dobrze! Każdy może wybierać to, co go interesuje z najróżniejszych propozycji miejscowych instytucji kultury, kina, stowarzyszeń, pubów czy oferujących również najróżniejsze „dania” kulturalne naszych pięknych kawiarenek, a nawet lokali gastronomicznych. Naprawdę jest w czym wybierać! Wydaje mi się, że inaczej mogą myśleć tylko niezorientowani i malkontenci.
Na ile te liczne i różnorodne propozycje trafiają w potrzeby kulturalne mieszkańców, widać najlepiej podczas imprez. I sądzę, że wcale nie musimy mieć żadnym kompleksów małomiasteczkowych, bo tak jak w metropoliach tłumy nie biegają po wernisażach wystaw sztuki, ale po plenerowych imprezach masowych, szczególnie zaś tych, gdzie nie trzeba mieć biletów wstępu. Są one niczym nie zobowiązujące i każdy ma ten luksus, że może wejść i wyjść kiedy mu się spodoba. Zupełnie inaczej sprawa wygląda, kiedy tak zwani animatorzy kultury proponują bezpłatną imprezę w sali. Prawdę mówiąc, serdecznie im współczuję, bo przecież nigdy do końca nie wiadomo, jak będzie z frekwencją. A jak być może, widać na przykładzie bezpłatnych imprez w naszym kinie. Kilka lat temu zaproponowano bezpłatny koncert noworoczny, tak atrakcyjny, że zabrakło miejsc. No to oczywiście odezwały się skargi. W efekcie na kolejne imprezy bezpłatne w kinie Miejski Dom Kultury zaproponował rozprowadzanie wejściówek. Zdawało się, że to idealne rozwiązanie. I pewnie tak by było, gdyby wejściówki nabywały wyłącznie osoby nie tylko zainteresowane, ale i odpowiedzialne. Tymczasem, jak zauważyłam, zdarza się, że nawet na długo przed imprezą brakuje już nie tylko wejściówek, lecz również „dostawek”, a w dniu tego wydarzenia na widowni widać czasami nawet całe rzędy wolnych miejsc. Gdyby zdarzały się pojedyncze wolne miejsca, to można by to wytłumaczyć, ale całe rzędy? Coś tu chyba nie gra! Nie posądzam, że jakiś procent osób pobiera wejściówki tylko dlatego, że są za darmo, a wcale nie zamierza z nich korzystać. To byłaby już niezła heca! Ale przecież, gdy nie można pójść samemu, to można przekazać darmowy bilet komuś innemu, a nawet zwrócić domowi kultury, prawda? Wstyd mi za tych, którzy tego nie czynią i jakoś żal mi organizatorów. Ostatnim przykładem takiego zachowania był koncert znakomitego poznańskiego Chóru Stefana Stuligrosza. Tak jak się można było spodziewać, zainteresowanie było ogromne i kolejny raz wiele osób nie miało już możliwości dostania choćby „dostawki”. A w dniu koncertu - kto był, to widział! Może nie było tragicznie, ale jednak znowu były puste miejsca na widowni. Mam świadomość, że problem z wejściówkami nie jest wcale łatwy do rozwiązania. Bez nich zaś pewnie byłoby jeszcze gorzej. Wygląda jednak na to, że niektórzy ludzie wyraźnie nie szanują tego, co za darmo! Ciekawe, czy zachowywaliby się tak, gdyby zapłacili za bilety? I niech się wstydzą, bo dają tym smutne świadectwo swojej osobistej kultury. |